#FINOALLAFINE

Heysel

PROSTO Z JUVENTUSU – FRAGMENT KSIĄŻKI Z. BOŃKA O TRAGEDII


29 maja, środa, Bruksela. Dzień rozpoczął się dla mnie wyjątkowo pechowo – obudziłem się z potwornym bólem zęba. Nie muszę nikomu tłumaczyć, co to znaczy w tak ważnym dla mnie dniu. Natychmiast rozpocząłem poszukiwanie dentysty. Okazało się, że najbliższy przyjmuje tuż obok hotelu. Półgodzinna wizyta w gabinecie przyniosła ulgę. Poczułem się jak nowo narodzony.

Po śniadaniu pojechaliśmy autokarem na spacer do centrum Brukseli. Już pierwsze napotkane przez nas grupy angielskich kibiców zrodziły we mnie niepokój. Większość była pijana, prawie wszyscy pili piwo. To trudno racjonalnie wytłumaczyć, ale wyczuwałem, że coś się wydarzy. Na głównych ulicach co krok widzieliśmy siedzących dookoła siebie kibiców z Wysp i obok sterty puszek piwa. A przecież do meczu było jeszcze sporo godzin.

Nie chcę bronić Włochów, znam ich dobrze, nie raz widziałem akty bandytyzmu na stadionach włoskich, ale Włosi tym się różnią od kibiców brytyjskich, że nie piją na umór, nie upijają się. Nie jestem wrogiem alkoholu, uważam, że można wypić kieliszek czy dwa, ale człowiek pijany nie myśli. A tak właśnie wyglądali Anglicy już w południe feralnego dnia. Nie reagowano na ich chamskie i prowokacyjne zachowanie. Prasa i działacze wcześniej już ostrzegali, że stanowczo za mało policji pilnuje porządku. Gospodarze odpowiadali, że mają w pogotowiu odpowiednie siły. Niestety wykazali się brakiem wyobraźni, bo mogliśmy przekonać się, że zbyt późne użycie tych sił nie przyniosło już żadnego rezultatu, nie zapobiegło katastrofie.

Z tej porannej wycieczki najbardziej zapamiętałem zupełnie szokujący obraz – grupka Anglików w maskach z podobizną Hitlera, pozdrawiająca faszystowskim gestem przechodniów. Po powrocie od razu zadzwoniłem do domu do Bydgoszczy, aby porozmawiać z ojcem o meczu. Już wtedy mówiłem mu, że mam obawy aby nie doszło do tragedii, gdyż czuje się ją ze wszystkich stron. Ojciec bardziej obawiał się o mnie. […]

Kilka minut przed dziewiętnastą byliśmy na stadionie. Odprawa trwała wyjątkowo krótko, może dziesięć minut. Zresztą wszystko było dokładnie znane. […] Kilka minut po dziewiętnastej, do szatni wpadło kilka osób i z przerażeniem opowiedzieli, co dzieje się na stadionie. Początkowo podano, że zginęły dwie osoby, później, że więcej. Znów pojawili się jacyś ludzie. Informacje były sprzeczne. Trwało to może kwadrans, gdy nagle w ciągu kilku sekund nasza szatnia zapełniła się dziesiątkami osób. To był jeden z najbardziej tragicznych widoków, jakie było mi dane oglądać w życiu. Okazało się, że nasza szatnia jest najbliższym schronieniem uciekających z trybun Włochów. Obraz, jaki przedstawiali ci w większości młodzi ludzie, zapamiętam do końca życia; obdarci, pokaleczeni, ranni, prowadzeni czy wręcz wleczeni, bez butów, a nawet skarpet. Masażyści przez dwie godziny udzielali im pomocy. My oddawaliśmy ubrania, obuwie, nawet skarpety.

Po raz kolejny zjawili się w szatni działacze UEFA, prosząc nas o wyjście na płytę i uspokojenie Włochów, którzy szykują się do odwetu.

Po meczu czytałem nieścisłe informacje na temat ofiar zaatakowanych przez Anglików. Wbrew tym publikacjom nie byli to tifosi Juve, a w każdym razie nie “główne ich siły”. Organizatorom zarzucano wiele błędów, ale tutaj akurat postąpili rozsądnie, rozsadzając Anglików i Włochów. Ci natomiast, którzy znaleźli się obok sektora angielskiego, byli w większości górnikami pracującymi w Belgii. Pozornie może się wydawać, że nie ma to większego znaczenia. Nieprawda, otóż gdyby starły się zasadnicze grupy Anglików i Włochów, zabitych byłoby zapewne dużo, dużo więcej.

Nasze zadanie miało polegać na uspokojeniu kilkunastu tysięcy kibiców, siedzących na przeciwległych trybunach. Wyjście z szatni wymagało sporej odwagi. I nie wiązało się to wyłącznie z przezwyciężeniem normalnego, ludzkiego strachu przed pijaną zgrają. Zdawaliśmy sobie sprawę, że musimy stanąć oko w oko z obrazem tragedii. W tym czasie wiedzieliśmy już, że zabitych jest dużo więcej, co najmniej trzydziestu, że ponad sto osób zabrano do szpitali.

Znalazłem się w wyjątkowo przykrej sytuacji. Gdy tylko wyszedłem z szatni podeszła do mnie zapłakana dziewczynka. Nie wiem ile miała lat, może dwanaście. Płacząc mówiła, że na tej fatalnej trybunie zginął jej ojciec. Była w szoku, pytała co ma robić. Podeszliśmy bliżej włoskiej trybuny. Widzieliśmy setki płaczących, grupy szykujących się do “vendetty”. Wszystko to przekraczało wyobraźnię nawet najbardziej życiowo doświadczonych ludzi. Ale przecież, czy miało to jakikolwiek związek ze sportem? Wszyscy chyba w tym momencie zaczęliśmy zastanawiać się nad sensem zawodu, który wykonujemy.

Po powrocie do szatni podjęliśmy jednomyślną decyzję – nie będziemy rozgrywać meczu. Sprawa była zupełnie oczywista. A mimo to, wszyscy dobrze pamiętamy, mecz się odbył. Później wiele osób dyskutowało na ten temat. Moim zdaniem wszelkie spory są dziś bezprzedmiotowe. Zagraliśmy, gdyż prosili nas o to organizatorzy, argumentując koniecznością zyskania na czasie i sprowadzenia większych sił policyjnych. Powiedzieli wprost – jeżeli teraz ogłosimy, że mecz się nie odbędzie, może to wywołać jeszcze większe rozruchy, których nie będziemy w stanie opanować. Kto w tej sytuacji wziąłby na siebie odpowiedzialność za wycofanie się z gry i tym samym realne zagrożenie życia jeszcze większej liczny ludzi? Mimo wszystko długo zastanawialiśmy się nad wyjściem. Anglicy i sędziowie byli już na boisku, gdy doszliśmy do wniosku, że musimy grać. Zrobiliśmy to tylko wyłącznie dla kibiców Juventusu.

W tej sytuacji mecz, z którym wiązaliśmy tak duże nadzieje, przestał mieć sportowy sens. Oczywiście jako zawodowcy dość szybko dostosowaliśmy się do potrzeb gry, ale trudno mówić o jakimś nadzwyczajnym widowisku. Każdy grał, tak jak czuł się psychicznie. Jedni lepiej, drudzy gorzej. Nikt do nikogo nie miał pretensji.

Później spotkałem się z zarzutami, że zupełnie zapomnieliśmy o tym, co stało się na stadionie przed dwiema godzinami. To nieprawda, zresztą wystarczyło popatrzeć na zawodników, którzy zmuszeni byli wyrzucać aut. Bali się iść po piłę, jeśli spadała ona gdzieś dalej od boiska. Wszędzie mnóstwo psów, koni, policji. I ta tragiczna, zrujnowana trybuna. Po meczu ani w szatni, ani podczas kolacji nikt się nie odzywał. Ten puchar, na który tak czekaliśmy, okazał się zupełnie nieznaczący, niknął w cieniu tragedii. Oczywiście nie było nawet mowy o szampanie czy jakimś innym fetowaniu zwycięstwa.


Powyższy tekst jest fragmentem książki napisanej przez Zbigniewa Bońka. Nosi ona tytuł “Prosto z Juventusu” i opowiada o trzech latach spędzonych przez tego zawodnika w Turynie. W swoich wspomnieniach piłkarz zawarł również wydarzenia z feralnego wieczoru 29 maja 1985 roku.

WIĘCEJ O HEYSEL


Ogólny opis wydarzeń tragedii
Historia świadka
Tragedia w Brukseli – 15. rocznica. Artykuł z “Piłka Nożna Plus”
20. rocznica tragedii – artykuł z “Gazety Wyborczej”
37 Campioni D'Italia