Wyznanie Bonucciego
Rok 2016 nieubłaganie zmierza ku końcowi. Dla Leonardo Bonucciego (na zdjęciu) i jego rodziny był to trudny okres, kiedy los wystawił ich na trudną próbę. Ciężka choroba dziecka, wielogodzinna operacja swojego potomka wzbudza takie same, skrajne emocje u każdego człowieka. Zaraz po świętach we włoskiej La Repubblica ukazał się wywiad w którym obrońca Starej Damy odkrywa karty i opowiada o niełatwych momentach mijającego roku.
Zacznijmy od teraźniejszości. Święta oraz gorycz porażki po meczu o Superpuchar Włoch. Dla Ciebie tylko przed ekranem telewizora.
Nie ma we mnie ani grama żalu. Święta spędziłem w domu, w Viterbo z całą rodziną. Tato jest pracownikiem Telecomu, a mama księgową w firmie hydraulicznej. Sylwestra spędzam z żoną Martiną i naszymi dziećmi. Lorenzo w lipcu skończy 5 lat, a Matteo w maju 3. Na pozór proste momenty, które są dla nas najlepszym możliwym prezentem.
Zapewne nawiązujesz do rekonwalescencji Matteo, dobrze myślę?
Tak. Lęk trwał od lipca, a skończył się całkiem niedawno temu. Powtarzamy teraz Matteo jak mantrę, że jest naszym mistrzem. Podkreślamy, że wygrał bardzo trudny mecz. Ze spokojem patrzę kiedy gra w piłkę z Lorenzo albo jak zasypia podczas czytania mu bajek do snu. Nareszcie czuje się dobrze fizycznie oraz psychicznie.
Pamiętasz moment kiedy zdałeś sobie sprawę z choroby syna?
Lato. Wakacje. Byliśmy na Formenterze, po Mistrzostwach Europy we Francji. Trzy tygodnie wcześniej Matteo miał usuwaną małą przepuklinę pachwinową. Niby błahostka, ale mieliśmy wrażenie, że u naszego dziecka sytuacja jest inna. Na początku myśleliśmy, że to jakaś kwestia anestezjologiczna związana ze znieczuleniem. Ale kiedy widzieliśmy anormalne zachowanie naszego syna to byliśmy przerażeni. Natychmiastowo wróciliśmy do Turynu. W szpitalu pediatrycznym poznaliśmy fantastyczną lekarkę, która nie chciała tracić nawet minuty. Badania diagnostyczne wykazały ostrą patologię. Następnego dnia Matteo był już operowany. Zabieg trwał od 8 rano aż do 4 po południu.
Jakie myśli przebiegały Ci przez głowę w trakcie tej ośmiogodzinnej operacji?
Nic szczególnego. Pamiętam, kiedy przekroczyliśmy drzwi chirurgii to Matteo chciał przelać odwagę jaką miał w sobie na nas. W dłoniach miałem jego białego misia, a w kącie sali odbyłem szczerą rozmowę z Bogiem. Po wyjściu ze szpitala czekało na nas chyba z 30 osób, część z nich specjalnie pozamykała swoje sklepy czy wzięli dzień wolnego od pracy. Matteo wrócił do domu 10 sierpnia, 13 dni po operacji. To rekordowy czas.
To był koniec koszmaru?
Absolutnie nie. To początek oczekiwania na poprawę. Przed każdym krokiem wkradała się niepewność. Mieliśmy nadzieję, że czas niepokoju szybko minie. Dużo rozmawialiśmy z Lorenzo. Tłumaczyliśmy cierpliwie to wszystko również Matteo. Chcieliśmy uświadomić syna, że już osiągnął bardzo wiele i jest to niesamowicie istotne. W tamtych tygodniach myślałem, by rzucić futbol. Piłkę i wszystko co z tym związane odłożyłem na bok.
Kto Ci najbardziej pomagał w tamtym okresie?
Moja żona Martina. To kobieta z niesamowitą ilością determinacji w sobie. Energia, która ociera się wręcz o upór. To ona w zasadzie ona przekonała mnie, by się pobrać. Nasza miłość nie zaczęła się od strzału pioruna. Martina daje tak potrzebną mi stabilizację. To ona podnosi mnie po każdym upadku. Tak było również wtedy, kiedy zostałem oskarżony o granie u bukmacherów. Martina nauczyła mnie jak być z siebie dumnym nie tylko wtedy jak wszystko jest dobrze, ale przede wszystkim wówczas gdy coś idzie nie po naszej myśli. Zrozumiałem, że kiedy pojawia się ból to rodziny potrafią się zjednoczyć. Jeśli chcesz się wynurzyć, musisz walczyć.
Ponownie wróciliście do publikowania zdjęć na portalach społecznościowych. Nie uważasz, że jest to nadmierna ekspozycja własnej prywatności?
Nie przekraczamy pewnych granic. Robimy to wszystko w granicach zdrowego rozsądku. Po prostu chcemy by wszystko wróciło na swoje miejsce, tak jak to było przed chorobą Matteo. Wszystko w tym temacie.
Wróćmy do piłki. Wymień trzy osoby, które najbardziej przyczyniły się do Twojego piłkarskiego rozwoju.
Carlo Perrone, mój trener w Viterbese. To on stwierdził, że środek obrony to pozycja dla mnie. Drugą postacią jest Alberto Ferrarini, trener mentalny. Nauczył mnie jak utrzymywać wysoki stopień koncentracji nawet wtedy kiedy wokół siebie słyszysz same negatywne głosy. I oczywiście Antonio Conte. Osoba, dzięki której ewoluowałem pod względem technicznym jak i taktycznym. Zresztą, Conte zmienił cały Juventus.
Conte zrobił z piłkarzy maszyny?
Niekoniecznie. On po prostu uczynił nas głodnych sukcesu.
Na samym końcu raczej nie byliście zadowoleni z jego decyzji?
Tak. Uważam, że Conte mógł kontynuować pracę z nami. Ale zadecydował inaczej. Kiedy spotkaliśmy się na kadrze to powiedziałem mu, że 10 dni treningów pod jego okiem to perfekcyjny czas.
Nie jesteś raczej człowiekiem, który dużo mówi o sobie. Skąd taka postawa w Tobie?
Taki już jestem. Być może to przez samotne lata mojego dojrzewania. Noszę na sobie zbroję. W głowie mam tysiące myśli, ale moja usta mówią raczej niechętnie. Zapewne jest we mnie sporo nieufności. Mam niewielu przyjaciół, ale za to szczerych i prawdziwych.
Dlaczego upatrzyłeś sobie numer 19?
To pozostałość po treningach z Ferrarinim. Fascynuje mnie numerologia. 19 jest obecne w dacie urodzin mojej żony oraz moich dzieci. To również dzień naszego ślubu. I co ciekawe podpisałem nowy kontrakt z Juve również 19 grudnia…
Nowy kontrakt ostatecznie zamknął temat przeprowadzki do Chelsea?
Chcę zostać legendą tutaj!
To prawda, że syn Lorenzo to wierny kibic Torino?
W pewnym momencie zabroniłem spotykać się z niektórymi kolegami z przedszkola i twardo się tego trzymam. Lorenzo biega po ogródku i imituje cieszynkę jaką zawsze robi Belotti po zdobyciu gola. Kiedyś poprosił mnie nawet o zrobienie koszulki Torino z nazwiskiem Pogby. Tego już uczynić po prostu nie mogłem!