#FINOALLAFINE

Bohater piosenki

Cichym bohaterem Tottenhamu, który akurat w Turynie narobił wielkiego rumoru, był Mousa Dembele. W rewanżu na Wembley tego samego w Juventusie oczekują od Blaise’a Matuidiego, wielkiego nieobecnego w pierwszym meczu*.

Francuz znalazł się pod troskliwą opieką klubowych lekarzy 4 lutego po meczu z Sassuolo. Pierwsze oględziny i rezonans magnetyczny bolącego mięśnia nie wykazały niczego poważnego, ale skazywały na odpoczynek przez resztę miesiąca. Massimiliano Allegri miał ból głowy, kim zastąpić niezastąpionego, bo na taką opinię w krótkim czasie zasłużył Blaise Matuidi.

Wytrąceni z równowagi

Do momentu kontuzji był drugim najbardziej zapracowanym piłkarzem Juventusu Turyn. Wprawdzie dłuższy przebieg miał Gonzalo Higuain, ale większy już na pewno nie. Nikt w końcu nie biegał więcej od Matuidiego. Allegri nazwał go włóczykijem, który nigdy się nie zatrzymuje i wędruje w każdy zakątek boiska. Dzięki niemu udało się ubrać Starą Damę w szaty 1-4-3-3, które nosiła z coraz większym wdziękiem. Przed rozgromieniem 7:0 Sassuolo wygrała dziewięć kolejnych meczów rozłożonych między Serie A a Puchar Włoch. Straciła w nich tylko jednego gola. Wkład w te liczby Francuza, który odpoczywał tylko z Chievo, był niepodważalny.

Jego wartość tkwiła także w tym, co robił i jak grał Sami Khedira. Wszyscy w Turynie znają potencjał, ale i ograniczenia Niemca, który nie jest już tak mobilny jak dawniej. Kiedy tylko pozwoli mu się na większą swobodę w ofensywie, to odpłaci z nawiązką. I właśnie biegający za dwóch i łatający wszystkie dziury Francuz otwierał przed kolegą z formacji takie możliwości. W spotkaniu z Tottenhamem Khedira musiał wrócić do wykonywania czarnej roboty i nie skończyło się to dobrze ani dla niego, ani dla drużyny.

Dziennikarze snuli hipotezy i przerzucali się pomysłami, kim należało zastąpić Matuidiego ze Spursami. Nie nieobecność Paulo Dybali czy Juana Cuadrado, ale to był temat i problem numer 1. Wielu zwolenników miała opcja z Rodrigo Bentancurem, też lewonożnym, też o wydolności maratończyka, ale z o wiele mniejszym doświadczeniem. Pewne fizyczne podobieństwa wskazywały na przesunięcie wyżej Kwadwo Asamoaha. Serce podpowiadało kandydaturę Claudio Marchisio, który jednak po wyleczeniu kontuzji nie jest sobą, a za zasługi nikt miejsca w składzie nie daje. Jeszcze w rękawie trenera krył się Stefano Sturaro, którym kiedyś Allegri niespodziewanie zagrał z Realem Madryt i wygrał. 13 lutego też zaskoczył i zmienił ustawienie, wystawiając w środku pola Douglasa Costę, którego pierwszym zadaniem po stracie piłki było pressowanie Dembele.

Jeśli przyjrzymy się statystykom po pierwszym meczu: liczbie kontaktów z piłką Belga, liczbie udanych dryblingów i podań, to Brazylijczyk oblał egzamin (niewiele pomagał mu Khedira). Natomiast swój wigor odzyskiwał, kiedy zajmował ulubioną pozycję skrzydłowego. W takiej roli sprzedał się najlepiej, na przykład wypracował rzut karny. Powrót Matuidiego, który nastąpił ostatniego dnia lutego, zatem nieco wcześniej niż pierwotnie zakładano, miał dać drużynie równowagę i porządek.

Też czternastka

O takich jak on we Włoszech mówi się mediano. Docenia się ich tam bardziej niż gdzie indziej. Wszędzie przecież, jeśli już pisze się wiersze i śpiewa piosenki o gwiazdach, wyborowych strzelcach, mistrzach dryblingu. W Italii klasykiem znanym przez wszystkich napisanym i wykonywanym przez popularnego Ligabue, jest utwór “Ina vita da mediano”. To hołd tym, którzy pracują głównie płucami, których natura nie obdarzyła wielkim piłkarskim talentem, ale mają talent do pracy i umieją poświęcić się dla innych i drużyny i na których za często niedoceniany trud czasami czeka niespodziewana nagroda, jaką dla Gabriele Orialego było mistrzostwo świata w 1982 roku. Przypadek Matuidiego wpisywałby się w ten tekst, ale oczywiście po uwzględnieniu kilku poprawek. Takich na miarę XXI wieku, który dyskwalifikuje jednowymiarowość. Na pewno nie jest tylko maratończykiem i nie ma kwadratowych stóp. Jego piłkarskiemu wyszkoleniu i technice niczego nie można zarzucić. Pod tym względem bije na głowę chociażby Grzegorza Krychowiaka, który w Paryżu rościł sobie prawa do miejsca zajmowanego wtedy przez 30-letniego Francuza. I nasz reprezentant został w tym pojedynku znokautowany.

Nagród w swojej karierze też uzbierał cały worek, do którego wpakował 16 najcenniejszych francuskich trofeów. Teraz czeka na pierwsze, drugie i wiele kolejnych w Italii. Po to przyszedł. Dlatego kosztował 20 milionów euro, do których trzeba będzie dorzucić jeszcze 10, żeby ruszyć ścieżką wydeptaną przez Didiera Deschamps’a. To był dopiero charyzmatyczny wojownik. On też idealnie odpowiadał klubowej filozofii: gra nie musi być piękna, ważne, żeby mecz był wygrany, a do tego w takim samym stopniu trzeba wielkich piłkarzy, jak i mocnych charakterów. Deschamps w swojej kategorii i swoich czasach reprezentowal jedno i drugie. Ubrany w biało-czarne pasy i z numerem 14 na plecach wygrał praktycznie wszystko, w sumie dziewięć pucharów, w tym Ligę Mistrzów. Matuidi świadomie wybrał ten sam numer.

Za nim wielka postać, przed nim Wembley. Włosi aż tak mocnych i jednostronnych jak my wspomnień z tym stadionem nie mają. Raczej rozkładają się one na kilka akcentów. W piłce klubowej na cztery. Tam odbył się finał Pucharu Mistrzów w 1963 roku, w którym Milan dwoma golami Jose Altafiniego odpowiedział na trafienie Eusebio i pokonał Benficę Lizbona. Trzydzieści lat później Parma dowodzona przez Nevio Scalę zgarnęła Puchar Zdobywców Pucharów, pokonując 3:1 Royal Antwerpia. Ze spuszczonymi głowami murawę legendarnego stadionu w 1992 roku opuszczali piłkarze Sampdorii po pierwszym w historii finale Ligi Mistrzów, o czym zdecydował rzut wolny wykonany w dogrywce przez Ronalda Koemana z Barcelony. Ostatni raz przedstawiciel Serie A zawitał na Wembley w sezonie 1999/2000. W fazie grupowej Champions League Fiorentina postawiła się Arsenalowi, a Kanonierów jednym strzałem powalił Gabriel Batistuta.

Gonzalo Higuaina i Paulo Dybalę śmiało można porównać do Bati-gola i Enrico Chiesy, a Matuidiego zestawić z Angelo Di Livio. W środę sprawdzimy, czy wynik też będzie można porównać.*

*artykuł powstał przed rewanżowym spotkaniem z Tottenhamem – przyp. redakcji

Autor: Tomasz Lipiński
Źródło: Piłka Nożna 10/2018

Dołącz do redakcji JuvePoland! Dla każdego fana Juve znajdzie się miejsce!

Subskrybuj
Powiadom o
5 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Informacja zwrotna
Zobacz wszystkie komentarze
LimaK
LimaK
4 lat temu

Żałuję tylko, że przyszedł do Juve tak późno :/
Świetny piłkarz 🙂

putout
putout
4 lat temu

tytan odciążający w defensywie reszte składu. dla każdego fana Calcio było wiadome że Matuidi może okazać się strzałem w 10tkę. i się oczywiście potwierdziło. a tyle było płaczu i lamentu że “stary i przereklamowany bo w PSG nie miał przeciwko komu grać słabo”. “odpad z PSG” xD chociaż uczciwie trzeba przyznać ze jednak więcej było mądrych i głupich i przynajmniej na jp.com raczej sie cieszono z tego ruchu.

Forza Matuidi.

maditi
maditi
4 lat temu

Tego transferu zazdroscili nam inne wielkie kluby,ten transfer byl uwazany za kolejny majstersztyk Marrotty, a cena tego transferu to jest na plucie wszytstkim pazernym,zdegenerowanym przez piNIONDZ dyrektorkom,menagerom i w ogole calemu zepsutemu srodowisku! Patrzac na realia to ten transfer juz sie splacil! Pogba poszedl za grube siano,nic nie gra w United,chodzi po boisku i zmienia fryz codziennie..A My za tą rozkapryszona gwiazdeczke mamy genialnego killera Igle i efektywniejszego Matuidiego..Nasz zarząd to potwory biznesu!

maditi
maditi
4 lat temu

naplucie*

rakson85
rakson85
4 lat temu

zdecydowanie Nasze wzmocnienie … dobry ruch transferowy, który systematycznie się spłaca ….