Strona główna » Artykuły » Juve i serce, którego zabrakło. Czego uczy przypadek Locatellego?
Juve i serce, którego zabrakło. Czego uczy przypadek Locatellego?
Nowy projekt Juventusu pod wodzą Tudora ma odmienić zespół, ale ostatnie tygodnie pokazują, że samo nazwisko trenera nie wystarczy. Gdy Locatelli z dumą wskazywał na herb Juve po golu, przypomniał, że poczucie przynależności nadal ma znaczenie. Czy klub o tym zapomniał?
fot. @ juventus.com
W piłce nożnej, by wydostać się z trudnych sytuacji, często sięga się po rozwiązania, w których serce i tożsamość odgrywają kluczową rolę w odzyskiwaniu utraconych wyników.
Dużo mówiło się ostatnio o Juventusie i nowym etapie pod wodzą Igora Tudora. Jednak obraz, który pozostaje w pamięci, a o którym mówiło się zaskakująco mało, wiąże się z postacią Manuela Locatellego.
Nie chodzi wyłącznie o jego gola z AS Romą – choć był on piękny, zarówno pod względem zespołowego rozegrania, jak i indywidualnej precyzji – ale o sposób, w jaki świętował trafienie. Palcem wskazującym z dumą herb na koszulce, Locatelli zamanifestował coś, co w futbolu wciąż jest bardzo ważne: poczucie przynależności.
W końcu, gdyby nie ono, Juventus nie zaufałby Tudorowi, by wyciągnął zespół z kryzysu, Roma nie sięgnęłaby po Ranieriego – co, jak wiemy, przyniosło efekty – a w ostatnich dniach nie mówiłoby się tak dużo o Evanim i Robercie Mancinim w kontekście Sampdorii. Krótko mówiąc, gdy sprawy się komplikują, dobrze i rozsądnie jest wrócić do swoich korzeni. Ostatnio widzimy to głównie przez pryzmat trenerów, osób z silną przeszłością i znaczącą więzią z klubami. Ale – i tu właśnie gest Locatellego przypomina o tym dobitnie – warto byłoby rozszerzyć to podejście także na graczy. Trenerzy są oczywiście kluczowi, ale jak mówią sami najlepsi – niczego nie osiągną bez zespołu o odpowiedniej jakości.
Dodajmy: zespołu z silnym poczuciem tożsamości. I właśnie taki przekaz Juventus powinien zachować na przyszłość, inspirując się również słowami autentycznych profesorów boiska. Bo za każdym razem, gdy wypowiada się Del Piero, Buffon czy Barzagli, temat wraca do jednego: DNA Juventusu jako decydującego elementu w budowaniu drużyny na najwyższym poziomie.
Juve, serce ważniejsze niż paszport
Nowy Juventus z Thiago Mottą na ławce miał być początkiem świeżego projektu. W rzeczywistości jednak, mimo sportowych ambicji, zespół stracił jeden z filarów tożsamości – przywiązanie do barw i klubu. Motta nie zdołał porwać szatni, a kontuzja Bremera tylko pogłębiła problemy. Zimą i latem do Turynu sprowadzono wielu zagranicznych zawodników – Koopmeiners, Douglas Luiz, Cabal, Nico Gonzalez, Conceicao, Kalulu, Thuram, Kolo Muani, Renato Veiga, Kelly… Wszyscy zdolni, ale niemający żadnej więzi z historią klubu. Tymczasem to właśnie tacy piłkarze jak Fagioli – wychowanek z ponad dekadą w Juve – mogą być przewodnikami dla nowych, pomostem między przeszłością a teraźniejszością.
Problem nie leży wyłącznie w obywatelstwie. Danilo, mimo że Brazylijczyk, był liderem z krwi i kości – jak Lautaro w Interze. To pokazuje, że kluczowe nie jest miejsce urodzenia, ale duch przynależności. I właśnie dlatego Juventus, planując przyszłość, musi uwzględnić także ten aspekt. Bo jakość techniczna i doświadczenie są niezbędne, ale ignorowanie poczucia tożsamości może być błędem, który drogo kosztuje. W końcu to nie tylko Buffon, Bonucci, Barzagli i Chiellini tworzyli złotą erę Juve – to ich więź z herbem sprawiała, że wygrywali wszystko.