Umarł król, niech żyje król!
Umarł król, niech żyje król!
Wiem, że dotykam tematu delikatnego i że wchodzę na ziemię niemal świętą. Ale co mi tam. Moja teza jest taka: Juventus to druga Barcelona. Zanim odsądzicie mnie od czci i wiary, a epitet dyletant, będzie najłagodniejszym, jaki pojawi się w Waszych myślach, posłuchajcie argumentów.
Nie byłoby wielkiej Barcelony bez Josepa Guardioli. Nie byłoby mistrzostwa dla Juventusu bez Antonio Conte. Ekskluzywny garnitur marki Barcelona pasował na Guardiolę jak ulał. Z kolei model Guardiola prezentował go lepiej niż inni. Z Conte jest tak samo w kostiumie Juventusu. Dla mnie Pep i Conte są jak dwa identyczne kawałki puzzle, od których można było rozpocząć budowę całości, a bez których wszystko nie miałoby sensu.
Guardiola ma barcelońskie DNA, poznał Barcelonę z każdej strony, piłkarze nie stanowili dla niego żadnych tajemnic. Wiedział jak byli wychowywani, jak szkoleni, jakie wartości im wpojono. On stanął na straży tych ideałów. Ibrahimović obruszał się w swojej biografii, że Messi i reszta byli wzorowymi uczniami. Słyszeli ćwicz – ćwiczyli, skacz – skakali, bez słowa sprzeciwu. Jestem pewien, że przy trenerze z zewnątrz ich noty z zachowania mogłyby mocno podupaść. Natomiast postępowanie akurat wbrew Guardioli oznaczało sprzeciwienie się całemu klubowi-systemowi, poddawanie wiary w sens wszystkiego, w czym wyrośli. Guardiola to Barcelona, a Barcelona to my. On miał prawo używać dziwnych metod, zabraniać więcej niż inni, być bardziej surowym. Jednak to, co kazał Guardiola zawsze było barcelońskie, a więc z gruntu dobre.
Conte urodził się o ponad tysiąc kilometrów od Turynu, ale po latach gry pełnych sukcesów w Juve stał się juventino. W pełni akceptowanym, bardzo kochanym. Jak Guardiola zakładał kapitańską opaskę. Już na początku trenerskiej drogi, obiecał sobie, że powróci w objęcia Starej Damy. Stało się tak szybciej niż myślał. I zabrał się ostro do roboty. Był jak młot pneumatyczny, bezwzględny na treningach, ciężkich i intensywnych jak nigdy. Intensywność, siła, tempo, charakter, pressing to były punkty wyjścia u Conte. Z czasem pojawiła się taktyczna elastyczność, którą być może zaskoczył sam siebie. Piłkarze podążyli za nim, bo on był żywym przykładem tego, że tak trzeba. Conte-piłkarz bez tych cech byłby w Juventusie nikim, jak na początku, kiedy przychodził z Lecce. Natomiast dzięki nim został idolem, ikoną, jednym z najbardziej utytułowanych zawodników w historii. Po prostu KIMŚ. Komu więc mieli uwierzyć w sens takich metod, jak nie jemu? Pod okiem kogoś innego mogliby grymasić, buntować się, u Conte nie wypadało.
A żeby nie wyszło, że kompletnie nie znam się na futbolu decydując się na przyrównanie Juventusu do kosmicznej Barcelony, to zastrzegę, że oczywiście nie myślę o samej grze, o stylu. To były i będą dwa różne światy. Pod względem czystej estetyki Barcelona jest niedościgła. Ona gra po barcelońsku, a Juventus na szczęście po juventusowemu, bo czym się kończą próby odwzorowywania ideału przekonała się Roma. Natomiast uważam, że dzięki tym konkretnie trenerom Barcelona i Juventus odnalazły, ewentualnie wypracowały swój styl, swoją tożsamość. Dlatego Barcelona jest, a Juventus mam nadzieję, że będzie rozpoznawalny w Europie.
Pomoc to ta formacja, którą oba zespoły mogłyby się zamienić bez szkody dla wyników i wpływu na jakość gry. Marchisio, Pirlo i Vidal nie mają prawa mieć żadnych kompleksów wobec Xaviego, Iniesty i Fabregasa. Juventusowi za to brakuje Messiego (komu nie brakuje), który nie tyle w trudnych, co niemal w każdym momencie meczu (niestrzelony rzut karny z Chelsea jest wyjątkiem potwierdzającym regułę) ciągnie drużynę do zwycięstwa. Jak nikt inny gra dla drużyny i dla siebie. Na wieczną chwałę.
Jednak uważam, że Juventus może mieć Messiego skrojonego na swoją miarę. To Sebastian Giovinco. Trzeba dogadać się z Parmą, zainwestować w drugą połowę jego karty, wycenianą dziś na 20 milionów euro, odprawić z kwitkiem konkurencję (Barcelona!, Arsenal i Napoli) i znaleźć mu miejsce w drużynie. Po prostu wymyślić pod niego taktykę. Jestem pewny, że to się opłaci. Piętnaście goli dla Parmy i niemal drugie tyle asyst, w świetnie zorganizowanej i silnej drużynie, w której by grał tak jak lubi i jak najlepiej umie, musiałoby się przełożyć na prawie drugie tyle.
W następnym sezonie uczymy się żyć bez króla Barcelony, który za swoich rządów zdobył cały świat. Szukamy następcy. Conte jest wśród kandydatów. Ja na niego stawiam. Dziewięć miesięcy temu nikt nie przypuszczał, że jego zespół w takim stylu zdobędzie scudetto. Dlaczego więc za kolejnych dwanaście miesięcy nie miałby zadziwić już nie tylko Włochów, ale i całą Europę?
Autor: Tomasz Lipiński
Źródło: www.canalplus.pl