Wczoraj byłam Rossonera
Moje serce jest czarno-białe. Nigdy nie miało innych kolorów. Moje emocje natomiast, po raz pierwszy w życiu przybrały na moment barwy czarno-czerwone. I wcale nie jest mi z tego powodu wstyd.
Juventusowi kibicuję nieprzerwanie od… mój Boże, ponad piętnastu lat. Dobrze pamiętam wszystkie wzloty i upadki jakie Stara Dama odnotowała na przestrzeni ostatnich szesnastu sezonów. Śmiałam się kiedy wygrywaliśmy z Realem, Barceloną czy Interem. Było mi smutno, gdy buty na kołku zawieszali kolejno Ciro Ferrara, Antonio Conte czy Pavel Nedved. Było mi jeszcze gorzej, gdy trenerem przestał być Marcelo Lippi. Autentycznie płakałam przy okazji afery korupcyjnej. Jest mi źle, gdy przypominam sobie sezon spędzony w Serie B. Do dzisiaj wolę nie oglądać ostatniego występu Alessandro Del Piero w koszulce w czarno-białe pasy. Chwilą, którą wspominam najgorzej jest jednak przegrana z Milanem w finale Ligi Mistrzów w 2003 roku.
Mimo to – moje emocje miały wczoraj kolor czerwono-czarny. I choć zabrzmi to jak swego rodzaju herezja – były znacznie bardziej intensywne niż te tydzień wcześniej, podczas naszego meczu z Celtikiem. Nie sądzę, by ten stan utrzymał się jakoś szczególnie długo. Nie mam poczucia zdrady wobec Juventusu, nie czuję się również szczególnie winna z tego powodu. Dokładnie znam bowiem przyczyny tego uczucia.
Dziesięć lat temu nie czytalibyśmy tekstów typu “w 1/8 Ligi Mistrzów spotkają się Juventus i Celtic, szansę na awans mają obie drużyny, z minimalnym wskazaniem na tą pierwszą”. Nie czytalibyśmy również o “arcygenialnej Barcelonie, która zmiecie Milan z powierzchni ziemi”. My owszem – bez problemu daliśmy sobie radę ze Szkotami (szczerze mówiąc nie wiem jak mogłoby być inaczej), Milan tymczasem zaszokował cały świat zatrzymując “Najwspanialszy Klub na Ziemi”. Mediolańczycy wyłączyli z gry najwspanialszych piłkarzy świata, ośmieszyli “tiki-takę”, pozostawiając Iniestę, Xaviego czy Messiego bezradnych niczym dzieci we mgle. Fakt jest jednak jeden – Milan nie zagrał niczego, czego nie znamy z boisk Serie A. Włosi grają nudno? Włosi tylko się bronią? Niech będzie – dopóki pozostają przy tym śmiertelnie wręcz skuteczni.
Mała dygresja – właśnie przeczytałam na Facebooku, że Del Piero odnowił kontrakt z Sydney F.C. I znowu jest mi jakoś tak… melancholijnie. Wolałabym czytać, że jeszcze na rok, pół roku, miesiąc, tydzień, czy chociaż jeden dzień zostaje z nami.
Wracając jednak do rzeczy – włoskie kluby aktualnie nie istnieją w Europie. Taki jest smutny fakt. Nie poprawiłoby tego nawet ewentualne zwycięstwo Juventusu w tegorocznej edycji Champions League (w co osobiście nie do końca wierzę, obawiam się, że na to jeszcze za wcześnie). Tak samo wyglądałoby to w przypadku wygranej Milanu (w co jeszcze bardziej nie wierzę). Dlaczego? Bo dla wielu byłoby to przede wszystkim dziełem przypadku, szczęśliwych losowań oraz niesprawiedliwego sędziowania. Nie kocham Milanu. Nie nienawidzę go, ale z pewnością nie lubię. Niemniej jednak robi mi się słabo, gdy słyszę komentarze takie jak te Szpakowskiego w 80. minucie meczu, przy wyniku 2:0 dla gospodarzy: “jeszcze dziesięć minut nadziei dla Milanu na to, że utrzymają wynik“. Przepraszam najmocniej, ale co miałoby się wydarzyć w te dziesięć minut? Pique do spółki z Puyolem wyciągną karabiny maszynowe i rozstrzelają konsekwentnie grających Mediolańczyków? Messi dokona dzieła zniszczenia strzelając po dwie bramki na minutę? Panie Szpakowski – idź pan fapać gdzie indziej…
W języku niemieckim występuje dość zabawne określenie – “Hassliebe”. Dotyczy ono paradoksalnej miłości do kogoś, kogo się nienawidzi. Właśnie to wczoraj czułam, patrząc na rezerwowych graczy Milanu w szaleńczym tańcu radości, którym dowodził sam Mario Balotelli. W moim przypadku, mimo wszystko dominowała jednak “Liebe”. Brawo Milan! Brawo za powstrzymanie Dumy Katalonii. Brawo za zamknięcie ust krytykom włoskiej filozofii futbolu, nieważne, że i tak napiszą, iż był to “cud, przypadek oraz sędzia dopomógł”. Raz jeszcze – brawo i bardzo proszę – nie zepsujcie tego. W rewanżu będę jeszcze bardziej z Milanem. Nade wszystko pragnę bowiem powrotu silnej Serie A. Takiej, której będą bali się zarówno w Barcelonie, Madrycie, Londynie, Manchesterze czy Monachium. Dlatego też – nie z tą samą miłością, wiarą i przekonaniem co w przypadku Juventusu, ale z dużą dozą szacunku i “hassliebe” właśnie, dwunastego marca głośno zakrzyknę: “Forza Milan“! Nie będzie to zresztą krzyk całkowicie pozbawiony egoizmu. Cały czas mam bowiem nadzieję na rewanż za finał z roku 2003…
Autor: hypoMania