O Conte pod kątem…
A właściwie pod wieloma “contami”. Bo Antonio Conte nie jest ani biały, ani czarny, choć z pewnością jest bianconeri. “Świetny trener, który wyciągnął nas z bagna siódmych miejsc w Serie A”. “Słaby trener, z którym nigdy nie zawojujemy Europy”. Które zdanie jest prawdziwe? A może oba?
Jako kibic Juventusu od połowy lat 90. pamiętam różne jego oblicza. Europejskiego hegemona, przed którym każdy czuł respekt (lata 1996-1998 z trzema kolejnymi finałami LM i jednym tryumfem w tych rozgrywkach), potęgi wracającej na szczyt w 2003 roku, enfant terrible europejskiej piłki po aferze Calciopoli czy w końcu upadłego kolosa, który błąka się po 7. miejscu w lidze i ośmiesza remisując (dwukrotnie) z Lechem Poznań. Stąd udziela mi się rozdwojenie jaźni, widoczne także wśród kibiców na JuvePoland. Z jednej strony dostrzegam i cenię niewątpliwą zasługę Conte w powrocie Juventusu na należne mu miejsce w tabeli, czyli na jej szczyt. Z drugiej strony w tej beczułce miodu kryje się niejedna łyżka dziegciu. Nie jest zbyt słodko.
W pierwszym sezonie Juve wygrywa ligę bez ani jednej porażki. Super. Ma mnóstwo remisów po naprawdę nudnych i brzydkich meczach, także ze słabeuszami. Mniej fajnie. No tak, ale klub jest dopiero w odbudowie, mnóstwo nowych ludzi w składzie (Vucinić, Pirlo, Vidal, Lichtsteiner). Więc jednak ogromny sukces Conte. Ale znów, nie gramy w europejskich pucharach, więc trener nie ma dylematów, cała para w ligę. Ja z tego sezonu zapamiętałem okropną skuteczność napastników, dziwne odsunięcie od składu Krasicia, fenomenalną grę pomocy i obrony, niesamowicie dziwne zmiany Conte (wpuszczanie Del Piero na 3-4 minuty) i pierwsze symptomy tego, co dla wielu jest w obecnym Juve koszmarem: bronienie jednobramkowej przewagi.
Kolejne dwa sezony dostarczają kolejnych takich sprzeczności. Conte uparcie nie robi prawie zmian w wyjściowym składzie w lidze, jeśli nie zmuszają go do tego kontuzje czy wykluczenia. W trakcie meczu, niezależnie od jego przebiegu, pierwszej zmiany raczej próżno spodziewać się przed 75. minutą. Tak więc skład Juventusu i ustawienie wielu rywali typować może w ciemno, niemal na pewno się nie pomylą. Tak sprawa wygląda w lidze. W pucharze krajowym: szaleństwo! Trener wymienia od połowy do 3/4 składu i hura! Jak w przysłowiu – “zawsze są dwa uda, albo się uda albo się nie uda”. Raz się prawie udało, dwa razy się nie udało. A wielu kibiców przecierało oczy ze zdziwienia, bo konsekwencja trenera była żelazna: liga – podstawowa jedenastka, puchar – przypadkowa jedenastka. W tym sezonie doszedł do tego dylemat z LE, po fatalnej grze i sporej dawce niefartu w fazie grupowej LM. Niby finał w Turynie, to może warto spróbować. Ale przecież są rekordy ligowe i trzecie mistrzostwo z rzędu. No i znów mamy rotację połową składu na raz.
Lista zasług Conte jest krótka, ale za to wyrazista: zrobił z Juventusu, na powrót, króla Serie A. Hegemona bijącego lub zagrażającego wszelkim rekordom. Ale i tu niektórzy dodają, głośniej bądź ciszej, że liga już nie ta, że Milan to już nie ten Milan, Inter w rozsypce, Roma i Napoli dopiero nabierają siły.
Lista uwag wobec Conte jest bardzo długa. Totalny konserwatyzm taktyczny (“- Gramy ustawieniem 3-5-2 czy może 3-5-2? – Dziś, ku zaskoczeniu wszystkich, zagramy w 3-5-2! – Antonio! Jesteś szalony!”). Brak rotacji w składzie. Mowa tu o rotacjach takich, jakie przeprowadzają trenerzy na całym świecie. Czyli na mecz z ligowym słabeuszem wpuszczę 2-3 rezerwowych w różnych formacjach, kolejnych 3 z podstawy zmienię na początku drugiej połowy, jeśli wynik będzie dobry. To zupełnie nie Conte. Czy to v-ce lider czy ostatnia drużyna, żelazna jedenastka (ewentualnie dwunastka, bo Marchisio trudno nazwać typowym rezerwowym w tym sezonie) grać musi. “Jak się robi zmiany?” – takie pytanie, według wielu kibiców Juventusu, Conte musi sobie powtarzać w głowie w bardzo wielu meczach. Jeśli mnie pamięć nie myli, nieraz kończyliśmy mecz bez wykorzystania limitu zmian, a od kiedy nasz były pomocnik i kapitan jest trenerem, już przestały dziwić zmiany po 80. minucie, mimo że wynik nie jest przesądzony. Ktoś powie, że tak Conte kradnie czas. No ok, ale czemu tych zmian po 80. minucie zdarza się komplet? Na koniec to, co mnie denerwuje najbardziej, czyli “bronimy 1:0”. Nie wiem jak inni, ale jedna z pierwszych zasad, jakich nauczyłem się odnośnie do piłki nożnej, to ta, że nigdy nie broni się jednobramkowej przewagi. Jeden błąd gracza naszej drużyny, sędziego na naszą niekorzyść czy błysk geniuszu u rywala i zamiast wygranej mamy remis. Conte zdaje się regularnie nie stosować się do tej zasady. Juventus strzela gola, mamy 1:0 i pełne zadowolenie. Czas ucieka, przychodzi 70. minuta no to już można szykować rezerwowych. Więc zmiany: za napastnika – pomocnik, na skrzydła Peluso i Padoin i bronimy wyniku. A jakie są skutki? W niedzielę się udało dowieźć taką przewagę z Violą, cztery dni później, ten sam stadion, ten sam rywal, ten sam błąd, inne zakończenie.
Może już czas najwyższy przestać wspominać te siódme miejsca i pomyśleć o przyszłości? Conte ma już prawie pełny skład na grę o wygraną w LM: Buffon – wciąż klasa światowa, BBC – klasa światowa, Caceres i Ogbonna – bardzo solidna rezerwa, MVPP – klasa światowa, Tevez i Llorente – klasa światowa i mimo krytyki rezerwowi napastnicy są naprawdę przyzwoici. Skrzydła to najsłabszy element, też jednak są na dość dobrym poziomie. Na pewno na wystarczająco dobrym, by ogrywać FC Kopenhagę i Galatasaray Stambuł. Wygrywanie ligi, dopóki nie odbudują się kluby z Mediolanu i Rzymu, to nie będzie wielka zasługa, choć to zawsze sukces, bo wygrywać we Włoszech nie jest nigdy łatwo. Juventus jednak potrzebuje większych sukcesów, wyraźnej obecności w Europie. Można mieć poważne wątpliwości czy z Conte na ławce to się uda. Dowiemy się tego zapewne za rok. Nie wyobrażam sobie by w sezonie 2014/2015 istniało jakiekolwiek wytłumaczenie dla naszego trenera, jeśli nie zajdziemy do półfinału LM. Co najmniej.
Autor: Makiavel