#FINOALLAFINE

Omnibus

Prawdopodobnie najlepszy obrońca na świecie? Prawdopodobnie. Ci, którzy do takiego tytułu mianują Leonardo Bonucciego znajdą mnóstwo argumentów. Właściwie w każdym meczu.

Teraźniejszość mówi sama za siebie. Jest nie do zastąpienia w Juventusie i w reprezentacji Włoch. Najbliższy doskonałości. Twardy i odważny, inteligentny i odpowiedzialny, precyzyjny w podaniach jak z Belgią na Euro 2016 i zaskakujący w strzałach jak niedawno w Sewilli. W sile wieku. Wart każdych pieniędzy, a co dopiero 60 milionów euro, których latem Juventus nie przyjął od Manchesteru City.

15,5 miliona euro zapłacił za niego Juventus w 2010 roku. 60 milionów latem tego roku oferował za niego Manchester City

TEN DRUGI

A przeszłość? Na pewno nie była dla niego jednoznaczna. Wróćmy do sezonu 2010/2011, kiedy powstawały fundamenty pod turyński drapacz chmur. Dopiero co na plac budowy wszedł Andrea Agnelli, który dobrał sobie do pomocy konstruktorów wizjonerów Giuseppe Marottę i Fabio Paraticiego, a oni cegiełka po cegiełce zaczęli stawiać piętra.

W pierwszym roku pracy zainwestowali w Luigiego del Neriego i osiemnastu piłkarzy. Z trenerem nie wyszło. A z piłkarzami? W letnim okienku transferowym razem z Bonuccim przyszli lub powrócili z wypożyczeń: Marco Storari, Marco Motta, Leandro Rinaudo, Armand Traore, Alberto Aquilani, Albin Ekdal, Milos Krasić, Davide Lanzafame, Jorge Martinez, Simone Pepe, Tiago, Cristian Pasquato i Fabio Quagliarella, do których zimą dołączyli Luca Toni, Andrea Barzagli, Simone Esposito i Alessandro Matri. Lekko licząc 60 milionów.

Większość nie pozostawiała po sobie śladu dobrych wspomnień, kilku zapaliło się i szybko zgasło, paru pozostało dłużej i w drugim garniturze było im do twarzy. Tylko dwóch zdobyło Juventusową nieśmiertelność: bez przekonania za psie pieniądze kupowany z Wolfsburga Barzagli oraz Bonucci. On akurat tani nie był. Po jednym sezonie w Bari, gdzie stworzył przykuwającą uwagę parę stoperów z Andreą Rannocchią, w której ten drugi uchodził za zdolniejszego i bardziej perspektywicznego, jego wartość urosła do 15,5 miliona. Juventus zapłacił i czekał na rezultaty, a te nie nadchodziły. Defensywa przypominała durszlak. Przepuściła 57 goli w całym sezonie, w którym Bianconeri nie wychylili się ponad 7. miejsce w Serie A, utknęli w fazie grupowej Ligi Europy (pamiętne remisy z Lechem) i odpadli w ćwierćfinale Pucharu Włoch.

UNIEWINNIONY

Bezpośredni następca Fabio Cannavaro niby grał dużo i często – aż 44 razy na 50, ale komplementy pod swoim adresem słyszał rzadko. Dobrej sławy i względów u kibiców mógł tylko pozazdrościć innemu z nowych – Serbowi Krasiciowi. Dla Bonucciego zarezerwowane były wyzwiska i kpiny. Uknuto termin bonucciate, dla opisania banalnych pomyłek wynikających… no właśnie z czego? Wtedy wydawało się, że ze zwyczajnej słabości, teraz już wiadomo, że skłonności do pokazania czegoś ponad to, co należy do powszechnych zadań stopera: przerwij, wybij, ewentualnie zagraj do najbliższego.

Kiedy przyszedł czas rozliczeń i kolejnej rewolucji, na czele której tym razem stanął Antonio Conte, to Bonucci z niepewnością czekał na wyrok. Gdyby został uznany za winnego, prawdopodobnie zostałby zesłany na daleki wschód. Czekał na niego lukratywny kontrakt w Sankt Petersburgu. Jednak nowy trener uniewinnił stopera i dał mu drugą szansę. Choć nie od razu został ministrem obrony. W defensywnym kwartecie, od którego Conte zaczął robienie porządków, stawiał na Barzagliego z Chiellinim, a dopiero po przejściu na tercet wymyślił Bonucciego w roli środkowego. Narodziło się turyńskie BBC. Stanowił wsparcie nie tylko dla Gianluigiego Buffon, ale też dla Andrei Pirlo. Jakość i dokładność jego kilkudziesięciometrowych podań wcale nie odbiegała od tych, do których przyzwyczaił znakomity pomocnik. On żadnej pracy się nie boi.

NOWONARODZONY

Rósł razem z Juventusem, z którym idzie po szóste z rzędu scudetto. Przychodził do przeciętnego klubu desperacko i trochę po omacku szukającego zagubionej drogi do sukcesów. Przychodził jako obrońca na dorobku. Niby z mistrzostwem Włoch na koncie, na które jednym epizodem w barwach Interu specjalnie nie zasłużył. Bez żadnej przeszłości w kadrze U-21 i o lata świetlne od pierwszej kadry. Zweryfikowany dość brutalnie przez pierwszoligowe doświadczenie w Treviso. Następnie odbudowany przez Venturę w Pisie i porzucony przez Inter, który włączył go (wyceniając na 4 miliony euro) do rozliczeń z Genoą za transfery Diego Milito i Thiago Motty. Tam był tylko przejazdem, bo ponownie przechwycił go Ventura, który już pracował w Bari.

Obecny selekcjoner bez wątpienia dużo dobrego zrobił dla Bonucciego. Jednak pierwsze miejsce na liście ludzi, którym najwięcej zawdzięcza zajmuje Alberto Ferrarini – mental coach. Współpracę rozpoczęli w 2009 roku, kiedy dla stopera za krótka była ławka rezerwowych w Treviso. Ferrarini pracował nad głową piłkarza, ale nie rzucał tekstów w stylu: jesteś najlepszy roznieś cały świat. Odsłaniał przed nim tajemnice numerologii, pozytywnego myślenia, a nawet tradycji indiańskiej. Nazywał żołnierzem, nadał mu imię Leonardobi, które po pewnym czasie Bonucci zaprezentował na swoich butach piłkarskich. Krok po kroku odzyskiwał wiarę w siebie, w umiejętności, w piłkarską przyszłość. Stał się mocny psychicznie jak nigdy wcześniej, “Nie mogę wam zdradzić, co robimy” – mówił swego czasu Bonucci. “To są nasze sprawy, słyszymy się lub spotykamy średnio raz, dwa razy w tygodniu. Zawsze przed meczem. Efekt jest taki, że na boisko wychodzę naładowany pozytywną energią i przekonany o własnej sile. Nic boję się odpowiedzialności, i a jeśli zrobię błąd, to się nie załamuję“.

CHARYZMATYCZNY

Ściśle współpracują do dziś. Pierwsze co stoper napisał w mediach społecznościowych po triumfie w Sewilli, to laurkę dla osobistego mentora: “Jeśli Alberto Ferrarini przed meczem mówi ci nie myśl, tylko strzelaj. Ty nie powinieneś myśleć“.

Z jego wsparciem pokonywał trudne momenty i tak na boisku jak w życiu. Niedawna poważna choroba młodszego syna Matteo była ciężką próbą, o czym ojciec nie potrafi mówić bez wzruszenia, ale próbą wygraną. Synom zadedykował ligową bramkę z Napoli, kolejną ważną w karierze, układając z palców literki: M oraz L jak Lorenza.

Nie jest typem gawędziarza, błyszczącego w mediach, rzucającego żartami i bon motami. Nie musi, i bez tego bije od niego charyzma. Ma posłuch w drużynie. Przy pozbawionym słabych punktów ministrze mogą dojrzewać ministranci Daniele Rugani i Alessio Romagnoli – tyle utalentowani, co czasami zbyt miękcy i grzeczni dla napastników. Ventura chce z nich ulepić nowy tercet. BoRuRo przy BBC nie brzmi jeszcze dumnie, ale już wkrótce zabrzmi.

Autor: Tomasz Lipiński
Źródło: Piłka Nożna 48/2016

Subskrybuj
Powiadom o
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Informacja zwrotna
Zobacz wszystkie komentarze
koki90
koki90
5 lat temu

Ventura ma podejście do młodych obrońców. Ulepił niejednego praktycznie z niczego.

wloski
wloski
5 lat temu

Panowie, macie błąd “reprezentacja Wioch”, ale najlepsza jest fotka z mental coach. Ładny fakens :D.

tabo89
tabo89
5 lat temu

@wloski – dzieki, ach ten ocr czasem śmieszne literówki robi.

Julek997
Julek997
5 lat temu

Jak przeczytałem jakich zawodników pozyskaliśmy w 2010 to cały Juventus stanął mi przed oczami.
To Conte wymyśli go na środku, to on dostrzegł jego umiejętności rozgrywania i dawania długich piłek.
Antionio Conte IL Capitano.