#FINOALLAFINE

Pokaż mi swój stadion, a powiem ci kim jesteś. O problemach i perspektywach włoskiej infrastruktury sportowej

Fot. Filip Szewczyk / JuvePoland

W 1818 roku do Anglii przywieziono górny fragment ogromnego posągu faraona Ramzesa II. Poruszony tym wydarzeniem poeta Percy Bysshe Shelley (1792-1822) napisał wtedy sonet pod — oznaczającym greckie imię egipskiego władcy — tytułem Ozymandias. Postanowiłem nawiązać do tego utworu, ponieważ jego głównym tematem jest refleksja nad przemijaniem potęgi i władzy. Gdy myślę o tych motywach oraz pozostawionych na pustyni nogach starożytnej statuy, do głowy przychodzi mi drugi obraz — stadion w Serie A. Paralela ta wydaje się zasadna, ponieważ większość obiektów, na których grają zespoły najwyższej klasy rozgrywkowej to relikty przeszłości, będące mglistym świadectwem dawnej potęgi calcio. Wrażenie to potęguje proste wyliczenie — łączny wiek 18-stu pierwszoligowych aren wynosi bowiem imponujące 1177 lat.

To, że niedawny triumf Włochów na Euro 2020 pozwolił na chwilę zapomnieć o tych problemach, nie oznacza, że przestały istnieć. Dobitnie pokazało to ostatnie okienko transferowe, w którym Serie A została pozbawiona diamentów, takich jak Achraf Hakimi, Romelu Lukaku, Rodrigo De Paul czy Cristiano Ronaldo. Swoją cegiełkę dołożyła też pandemia. W raporcie zamówionym przez Włoską Federację Piłki Nożnej grupa analityków z PricewaterhouseCoopers orzekła, że w ciągu dwóch lat COVID 19 przyniósł profesjonalnemu futbolowi na Półwyspie Apenińskim 1,1 miliarda euro straty. Należy jednak zaznaczyć, że system był niewydolny już wcześniej. Jeden z ekspertów stwierdził nawet, że włoskie kluby były prowadzone z rozwagą nastolatki, która znalazła się w posiadaniu karty kredytowej rodziców i może zaszaleć w nowojorskiej 5-tej Alei. 

Podobną przenośnią posłużył się Massimo Moratti. Po sprzedaży Interu jego były dyrektor stwierdził na łamach La Gazzetta dello Sport, że: „mediolański klub, był dla niego jak córka, którą za bardzo rozpieszczał, a dla każdej młodej dziewczyny przychodzi czas studiów, kiedy ta musi nauczyć się samodzielnego życia”.

Ukryty za tą metaforą sposób zarządzania, w którym właściciel odgrywa rolę ojca raz za razem dotującego klub z własnej kieszeni nie jest dla Włochów niczym zaskakującym. Wpisujące się w ten model, rodziny Berlusconich i Morattich zainwestowały około dwa miliardy euro z prywatnych środków, by poprawić jakość składów gigantów z Lombardii, ale nawet oni zrezygnowali, gdy koszty okazały się zbyt wysokie. W 2017 roku Berlusconi rzekł: „Po ponad 30 latach opuszczam fotel prezesa AC Milan. Czynię to z żalem, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach jedna rodzina nie jest w stanie utrzymać klubu walczącego o najwyższe cele w Europie”.

Zadanie to stało się szczególnie trudne, gdy na rynek piłkarski weszły majętne osoby wspierane przez bogate państwa narodowe, takie jak Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Można powiedzieć, że ich pieniądze rosną na drzewach, ale bardziej precyzyjne byłoby stwierdzenie, że pochodzą z ziemi — czyli złóż gazu i ropy naftowej. Rywalizacja ze wspieranymi przez nich drużynami i geniuszami komercjalizacji z Premier League, połączona z wymogami Finansowego Fair-Play, które pozwalało wydać tylko tyle, ile się zarobiło, nie mogła nie wstrząsnąć piłkarską kulturą Italii, gdzie futbolu nie uważało się za opłacalny biznes, ale raczej za pasję, której oddajesz się całym sobą.   

To właśnie dlatego Serie A została z tyłu. Wspominany już raport PwC pokazuje, iż w 12-letnim okresie, niezawierającym jeszcze czasów COVID 19 dług włoskich klubów wzrósł z 2,4 do 5,4 miliarda euro, a poniesione straty wyniosły łącznie 4,1 miliarda euro. Gdy Milan zdobywał swój ostatni puchar Ligi Mistrzów w 2007 roku, Premier League notowała 2,4 miliarda euro przychodu liczonego bez zysków/strat za transfery. W Italii i Hiszpanii było to zaledwie 1,4 miliarda. Nieco ponad dekadę później różnica jeszcze się powiększyła i znajduje się na poziomie 3,6 miliarda euro na korzyść Anglików.

Samozachwyt Włochów

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy był samozachwyt, w jakim Serie A znajdowała się na początku wieku. Dominowała skłonność do patrzenia tylko na własne podwórko i nie zajmowano się kwestią internacjonalizacji ligi jako przedsiębiorstwa. Gdy Włosi spali, Premier League podbijała świat. Spójrzmy na przykład na proces sprzedaży praw telewizyjnych za granicę. Obecnie Lega Calcio uzyskuje z tego tytułu 210 milionów euro (trwają poszukiwania partnerów na Bliskim Wschodzie i w Afryce), a jej konkurentki z Hiszpanii i Anglii inkasują odpowiednio 1,3 oraz 1,7 miliarda euro. W przypadku Premier League kwota ta może jeszcze wzrosnąć, bo liga podpisała nowy kontrakt z amerykańskim NBC Sports. Umowa ta zapewni tamtejszej piłce kolejne 2,4 miliarda euro zysków.

Na zapóźnienie ligi włoskiej zwrócili uwagę także nowi właściciele Genoi. Dyrektor firmy inwestycyjnej 777 Partners’ Juan Arciniegas powiedział The Athletic, że: „Od jakiegoś czasu Serie A znajduje się w okresie schyłkowym. To niefortunne, bo pamiętam, że jako nastolatek oglądałem właśnie te rozgrywki. To tam były wszystkie gwiazdy. Sądzę, że od tego momentu zapanowała dezorganizacja i brak koordynacji na poziomie poszczególnych klubów i całej ligi. Wydaje się, iż możliwości podniesienia dochodów z praw medialnych nie były wykorzystywane tak skutecznie, jak w innych dużych ligach europejskich. Trend ten można jeszcze odwrócić, ale wymaga to profesjonalizacji ligi, która powoli postępuje, zwłaszcza dzięki zagranicznym inwestorom. Ludzie ci wiedzą, czym są etyka, wyrafinowanie i kompetencje, ale jednocześnie chcą, by ich nowa własność przynosiła zyski”.   

Fot. Riccardo Arata / Shutterstock.com

Słabość na międzynarodowym rynku mediów nie jest jedyną piętą achillesową ligi włoskiej. Druga to infrastruktura. W tym aspekcie problemem jest przede wszystkim pojemność stadionów.  W roku przed wybuchem epidemii sprzedano łącznie 40 milionów wejściówek, które są tańsze niż w Anglii, a to i tak nie starczyło do regularnego zapełniania obiektów. Rzecz jasna można by podnieść ceny, ale trudno przeprowadzać podwyżki, gdy 70% miejsc piłkarskich zmagań znajduje się pod kontrolą władz miejskich, a ich średni wiek wynosi 74 lata. Ten wynik wynika z faktu, że ponad połowa stadionów została zbudowana jeszcze przed II wojną światową. Ich powstanie było związane z mundialem w 1934 roku i założeniami faszystowskiego państwa Benito Mussoliniego, które promowało i dotowało obiekty mające pomóc Włochom utrzymać krzepę i zdrowy styl życia. Ewentualnych ulepszeń i napraw dokonywano zwykle pod wpływem kolejnych wielkich imprez, takich jak Letnie Igrzyska Olimpijskie w Rzymie z 1960 (to od nich pochodzi nazwa stadionu Romy i Lazio) czy Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Turynie, na których skorzystała arena nosząca dziś imię ekipy Grande Torino.

Patrząc z dystansu można stwierdzić, że w tym kontekście przegapiono jedną wielką okazję, czyli mundial Italia 1990. Na mistrzostwa przygotowano jedynie dwa nowe stadiony — Delle Alpi w Turynie i San Nicola w Bari, a pozostałych dziesięć obiektów poddano renowacji. Jej ślady wciąż są widoczne na werońskim Bentegodi — na jego fasadzie pozostał wizerunek „Ciao”, czyli maskotki imprezy, która odbyła się ponad 30 lat temu.

Fakt, że tamte inwestycje wykonano za wielkie ilości publicznych pieniędzy, nie oznaczał, że efekt był zadowalający. Budowa Delle Alpi trzykrotnie przekroczyła budżet, a ówczesny prezydent Juventusu Gianni Agnelli narzekał, że: „prawie nic tam nie widać i wydaje się, jakbyśmy grali na wyjeździe”. Uwagi te okazały się celne — architekt stadionu przyznał potem, że nigdy nie oglądał na żywo meczu piłkarskiego, trybuny były umieszczone za daleko od boiska, a system drenowania wody był źle skonstruowany i często prowadził do zalewania murawy, Ostatecznie stadion przetrwał niecałe 20 lat i został zburzony w 2009 roku.

Jeśli chodzi o drugi ówcześnie nowy obiekt, czyli San Nicola, to dziś nazywa się go „katedrą pogrążoną w piasku”. Po zakończeniu budowy to onanistyczne dzieło światowej sławy architekta Renzo Piano wyróżniono wprawdzie nagrodą szefa FIGC, ale zapewne stało się tak tylko ze względu na bliskie relacje prezesów federacji i klubu z Bari — piastujący te funkcje Antonio i Vicenzo Matarrese byli bowiem braćmi.

Wymienione obiekty nie są jedynymi problematycznymi stadionami w Italii. Położone na dachu mediolańskiego San Siro czerwone dźwigary przez długi czas nie pozwalały, by słońce równomiernie ogrzewało całą płytę boiska. Wskutek tej cechy konstrukcyjnej niektóre płaty murawy degenerowały się szybciej od innych. Nieco inne kłopoty ma arena w Neapolu. Jej trzecia kondygnacja bywa nieczynna, bo w pobliżu okresowo występują wstrząsy wywoływane aktywnością niedalekich wulkanów.  Kolejnym elementem, który negatywnie wpływa na walory włoskich boisk piłkarskich są bieżnie okalające część obiektów. Ich obecność wynika z nacisków dawnego szefa Międzynarodowej Federacji Lekkoatletycznej (IAAF) Primo Nebbiolo. Wzmiankowany działacz, piastujący swoje stanowisko w latach 1981-1999, uważał, że dotowane przez państwo obiekty sportowe mają pełnić jak najwięcej funkcji i nie powinny ograniczać się jedynie do goszczenia widowisk futbolowych.

Wątpliwości budzi nie tylko wygląd i stan techniczny samych stadionów. Infrastruktura, która ma zapewnić dojazd do tych obiektów, także pozostawia wiele do życzenia. Funkcjonująca niedaleko Stadio Olimpico stacja kolejowa Via dei Monti della Farnesina była czynna jedynie przez cztery dni, a trzy mosty ułatwiające dostanie się na Stadio San Paulo (obecnie im. Diego Maradony) zostały wyburzone dziesięć lat temu. Ponadto reflektory na florenckim Artemio Franchi były tak stare, że przy próbie wymiany żarówek w 2019 roku, okazało się, że te nie są już produkowane.

Fot. Mltz / Shutterstock.com

Wszystko to sprawia, że nietrudno pomyśleć, że organizacja mundialu w 1990 roku była niepotrzebna i zostawiła po sobie niewiele wartościowych śladów. Jednocześnie liga wciąż ma potencjał, który przyciąga zagranicznych inwestorów. Kluczeń do pobudzenia rzeczonego potencjału jest jednak rozwiązanie kryzysu związanego ze stadionami i odnowa otaczającego je zaplecza. Zgodnie ze statystykami firmy Deloitte z lat 2017-18 włoskie kluby inkasowały łącznie 177 milionów euro przychodów z dni meczowych. Dla porównania Premier League generowała w tym czasie 603 miliony euro tego rodzaju zysków. Patrząc jeszcze głębiej możemy dowiedzieć się, że jedno krzesełko zarabiało dla klubu 591,40 euro rocznie, w Anglii zaś zasilało kasę kwotą 1,310,50 euro. Liczby te są nierozerwalnie związane z charakterystyką włoskich stadionów, które bywają niekomfortowe i podniszczone oraz nie zapewniają widzom atrakcyjnego pakietu usług dodatkowych. Większość aren nie potrafi także zadbać o swoich najlepszych klientów i zapomina o odpowiednim poziomie tzw. korporacyjnej gościnności. Były właściciel Romy Jim Pallotta był zbulwersowany faktem istnienia darmowych biletów dla VIP-ów i zżymał się, że najlepsze miejsca można oddać bez pieniędzy, tracąc w ten sposób bezpośredni zysk. Ostatecznie pulę 4000 krzesełek rozdysponowano wśród posiadaczy karnetów sezonowych. Jednocześnie prezes starał się poprawić relacje z miejską elitą urażoną odebraniem przywilejów na trybunie honorowej, ale możliwości zaadaptowania Olimpico do nowych potrzeb okazały się ograniczone. W kwietniu Palotta opowiadał The Athletic, że ekskluzywna oferta Romy: „była spektakularna, ale nie mogła mieć trwałego charakteru, bo musiała być demontowana przy okazji każdego domowego spotkania Lazio. Po nim zaś należało zainstalować ją ponownie”.

51 mln euro dla Interu – 108 dla Barcelony

Tego typu przeszkody wpływają na wysokość dochodów klubów i przez to przekładają się także na ich możliwości sportowe. Drużyny Serie A nie posiadają bowiem środków wystarczających do tego, by kontraktować nowe gwiazdy i zatrzymywać już posiadane. W sezonie 2018/19 dochody Interu z dni meczowych wynosiły 51 milionów euro, zaś Barcelona inkasowała z tego tytułu o 108 milionów euro więcej. Starczyłoby na jednego Lukaku rocznie.

Te smutne wnioski nie oznaczają, że w lidze brakuje woli i kapitału, potrzebnych do tego, by Serie A nadrobiła stracony dystans. Częstym problemem jest brak wsparcia ze strony lokalnych władz, który wystawia na próbę cierpliwość nowych właścicieli. Przywoływany raport PwC wskazywał, że Włoszech zbudowanie i otwarcie nowego stadionu zwykle zajmuje od ośmiu do dziesięciu lat i jest to okres o wiele dłuższy niż w wielu innych krajach europejskich. Magda Pozzo, córka właściciela Udinese zwraca uwagę, że: „źródłem problemu jest specyfika włoskiego rynku i skomplikowanie formalności oraz trudność różnych etapów procesu budowy. Gdy stawialiśmy nasz stadion, burmistrz miasta był bardzo otwarty i pomocny, a i tak straciliśmy na to dziesięć lat”.  

Pallotta nie miał tyle szczęścia. Za czasów jego rządów w Romie, burmistrz Rzymu zmieniał się trzy razy, a w latach 2016-21 ster w mieście objęła nieprzyjazna planom biznesmena Virginia Raggi. Polityczka ta, wraz z innymi przedstawicielami populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd, wycofała włoską stolicę z wyścigu o organizację Igrzysk Olimpijskich w 2024 roku, a jej współpraca z włodarzem Giallorossich była trudna. W dekadzie, w której w Europie powstały 153 nowe areny piłkarskie, tylko trzy wzniesiono na Półwyspie Apenińskim. Tyle samo stadionów zbudowano wtedy w samym Londynie.

Fot. Anton_Ivanov / Shutterstock.com

Na tegorocznej konferencji poświęconej przemysłowi sportowemu szef Serie A Paolo Dal Pino przyznał, że: „W pierwszej lidze mamy obecnie 10 drużyn, które planują odnowić swoje obiekty lub zbudować nowe. Inwestorzy z 2,5 miliarda euro środków czekają w pogotowiu, a ich projekty mogą mieć korzystny wpływ na nasz produkt krajowy brutto — stworzą nowe miejsca pracy i zwiększą dochody z podatków. Czas na ruch ze strony premiera Mario Draghiego”.  

Juventus jako wzór

Jednym z klubów, mogących cieszyć się własnym stadionem, jest Juventus. Początek dominacji sportowej Starej Damy w drugiej dekadzie XXI wieku zbiegł się z przeprowadzką na J Stadium (obecnie Allianz Stadium) z 2011 roku. Efekty tego kroku były niemal natychmiastowe. Ekipa czuła się jak w domu i zżyła się z trybunami, które były zdecydowanie bliżej płyty boiska niż na Stadio Delle Alpi. Obiekt stał się fortecą — w ośmioletnim okresie przedpandemicznym Bianconeri przegrali tam tylko pięć spotkań. Inne decyzje zarządu także okazały się trafne. Zatrudnienie trenera Antonio Conte oraz bezgotówkowe transfery Andrei Pirlo i Paula Pogby przyniosły sukcesy na poziomie krajowym, pozwalając Juve na regularne reprezentowanie Italii w Lidze Mistrzów. Pamiętajmy, że działo się to w momencie, gdy bez kwalifikacji grały w niej tylko dwie włoskie ekipy. Zanim Serie A odzyskała cztery pewne miejsca w tych rozgrywkach, turyński gigant dwukrotnie dochodził do ich finału, zarabiając na tym zawrotne 42 miliony euro. Pieniądze przychodziły także ze stadionu — w porównaniu z czasem występów na obiekcie miejskim, klub notował 282% więcej zysku z dnia meczowego. Liczby te sprawiały, że Juventus zdystansował swych włoskich rywali i występował w swojej własnej lidze. Prywatna arena generowała około 50 milionów dodatkowych dochodów, co równało się podwojonej kwocie wypłacanej za osiągnięcie finału Champions League. Jako właściciel obiektu zarząd Bianconerich mógł wybrać dowolnego sponsora tytularnego, użyczać przestrzeni na wydarzenia pozasportowe oraz czerpać korzyści z innych sposobów okazywania korporacyjnej gościnności. Wyłączając boiska, cały kompleks składa się obecnie między innymi z muzeum, szkoły, centrum medycznego i handlowego. Dzięki temu ostatniemu kompleks J może przyjmować gości przez 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

To — między innymi — te czynniki pozwoliły Juventusowi na przyciągnięcie i sprowadzenie do siebie Cristiano Ronaldo. Transfer ten w jakiejś mierze usprawiedliwiał podwyżki cen biletów, ale nigdy nie poznamy pełni innych zysków, jakie mógł wygenerować. Ambitne plany i dalszy rozwój projektu Starej Damy zostały bowiem storpedowane przez epidemię COVID, a półtora roku kontraktu CR7 przypadło na czas gry przy pustych trybunach. Jednocześnie sukces Allianz Stadium okazał się niezaprzeczalny, a akcjonariusze Juventusu zastanawiali się nawet, czy nie należało uczynić obiektu jeszcze większym. Andrea Agnelli skomentował temat następująco: „Często krytykuje się nas za 41 tysięcy miejsc na arenie, ale niczego nie żałujemy. Naszym priorytetem było posiadanie kompletu publiczności na każdym meczu, nie tylko podczas hitów”.  Strategię tę potwierdził także szef Departamentu ds. Przychodów — Giorgio Ricci, który powiedział: „Rozbudowa Allianz Stadium nie jest częścią naszych planów i nie wydaje się możliwa. Przypomnę, że pojemność obiektu została wyliczona w oparciu o drobiazgowe badania rynku, a to, że całkowicie wyprzedajemy obecnie 97% spotkań, pokazuje, że mieliśmy rację”.

Chęć sprzedania wszystkich biletów związana była także z faktem transmitowania spotkań Juve w telewizji. Agnelli zawsze zwracał uwagę na to, jak obiekt będzie prezentował się na ekranie, a wypełniony po brzegi z pewnością pozostawiał lepsze wrażenie. Puste krzesełka przynosiły zupełnie inny efekt — widzowie siedzący na swych kanapach mogli zadać sobie pytanie o to, czy warto chodzić na mecze, skoro nawet fani drużyny wolą obejrzeć je w domowym zaciszu.

Fot. Grzegorz Wajda / WajdaFoto, JuvePoland

Są jednak sytuacje, w których rozmiar ma znaczenie. Gdy jeszcze raz spojrzymy w statystyki, przekonamy się, iż w dwóch sezonach przedpandemicznych włoska wielka trójka, czyli Juventus, Inter i Milan zainkasowały łącznie o 434 miliony euro mniej zysków z dni meczowych niż ich odpowiedniki z La Liga, o 375 milionów euro mniej od najlepszej trójki Premier League i o 140 milionów euro mniej od trzech najlepszych klubów Bundesligi. O skali kryzysu Serie A świadczy także — opracowany na okres 2013-18 — ranking UEFA. W jego poprzednich edycjach Milan bywał nawet wiceliderem, ale w ciągu następnych lat zdarzało mu się spaść nawet na 53 lokatę. Podobny regres stał się udziałem Interu. W 2018 roku, zdobywcy potrójnej korony z 2010, obsunęli się na 82 miejsce omawianego zestawienia, mając przed sobą między innymi NK Maribor, Maccabi Tel-Aviv i kazachską Astanę. Jedyną ekipą notującą awanse był Juventus, który od czasu promocji z Serie B podźwignął się na piątą pozycję, ustępując tylko Realowi, Atletico, Barcelonie i Bayernowi.

Projekt Feniks

Problemy włoskiego calcio jeszcze pogłębiła pandemia. W trakcie jej trwania Włoska Federacja Piłkarska opracowała „Projekt Feniks”. Plan ten zakładał rządową pomoc w odciążeniu nadwyrężonego systemu I zawierał ulgi podatkowe, propozycje restrukturyzacji zaciągniętych długów oraz sugestię likwidacji zakazu sponsorowania klubów przez firmy bukmacherskie. Choć ekipy Serie A eksperymentowały w tym czasie z kryptowalutami, ja skupiłbym się raczej na stadionach. W rekomendacjach „Projektu Feniks” pomysły z nimi związane zajmowały jednak tylko jedną stronę. Pozytywem był fakt zwrócenia uwagi na potrzebę uproszczenia i transparentności procedur oraz  konieczność jasnego definiowania przedziałów czasowych, w których instytucje państwa miały wydawać potrzebne decyzje administracyjne. Metaforyczna czerwona taśma, jaka często blokowała rozwój infrastruktury sportowej mogła wreszcie zostać przecięta.

Potencjalnych zmian nie doczekał Jim Pallotta. Biznesmen sprzedał Romę Grupie Friedkin, a ta zdecydowała się porzucić jego projekt budowy Stadio della Roma w Tor di Valle i to mimo zapewnień, że do jego zatwierdzenia brakuje już tylko jednej pozytywnej rezolucji Rady Miejskiej. Były prezes Giallorossich wierzył, że stadion o pojemności 52,5 tysiąca widzów zapewni klubowi 100 milionów euro rocznego dochodu z dnia meczowego. Dodatkowe zyski miały zapewnić — stanowiące część kompleksu — lokacje o charakterze rozrywkowym. Należał do nich amfiteatr na 14 tysięcy krzesełek oraz inne, bardziej kameralne miejsca, gdzie można by organizować koncerty i konferencje.

Fot. Alexandr Medvedkov / Shutterstock.com

Wobec fiaska pomysłu Pallotty pałeczkę wizjonera przejął prezydent Fiorentiny Rocco B. Commisso. Firma Deloitte przewiduje, że nowy stadion mógłby przynieść La Violi 2,5-krotny wzrost dochodów z dnia meczowego i zasilić budżet kwotą 225 milionów euro rocznie. Jak na razie doświadczenia sternika klubu z Toskanii są jednak równie frustrujące jak jego rzymskiego odpowiednika. Nieco lepiej wygląda sprawa budowy nowego obiektu Interu i Milanu, ale i tu — ze zrozumiałych względów — nastąpiło spowolnienie. Pamiętamy wszak, że epidemia COVID w Europie najmocniej uderzyła właśnie w Lombardię. Przez dłuższy czas Mediolan, podobnie jak inne miasta tego regionu, funkcjonował w trybie przetrwania, a tamtejsze marzenia o rozwoju i plany inwestycyjne zostały przesunięte na spokojniejszą przyszłość.

Związane z COVID kłopoty z pieniędzmi dotknęły również chińskiego właściciela Interu. Wątpliwości wokół jego wiarygodności wywołały nawet konflikt polityczny między klubem, a burmistrzem Mediolanu, ale obecnie metropolia i jej piłkarskie dumy zdają się powoli wychodzić z trudnego położenia. Inter ustabilizował swoją sytuacje finansową, a jego kierownicy pogodzili się z włodarzem miasta, który obiecał zwiększyć wysiłki na rzecz powstania nowej wspólnej areny. Pozytywne nastawienie zachowuje także CEO AC Milan. W niedawnej rozmowie z The Athletic, piastujący to stanowisko, Ivan Gazidis powiedział: „Jestem bardzo szczęśliwy z poczynionego progresu. W końcu wybraliśmy burmistrza, a zamknięcie kampanii pozwoli wrócić do naszego projektu. Mamy wyznaczony jasny kierunek i wsparcie administracji, a nowy stadion jest kluczowy nie tyko dla naszej piłki nożnej, ale i dla całego miasta. Zawsze będą pojawiać się jakieś indywidualne opinie, ale powiedziałbym, że pokonaliśmy najważniejszą przeszkodę. Teraz czas na architektów oraz detale techniczne i wizualne związane z nową areną, a to zawsze skomplikowane i długotrwałe zagadnienia. To bardzo emocjonujący i znaczący krok naprzód”.

Z doświadczeń Mediolanu płynie duża doza pewności siebie. Od czasów organizacji Expo 2015 miejski horyzont znacząco się zmienił, a obszar wokół Porta Garibaldi otworzył się na nowoczesną architekturę. W przeciwieństwie do Rzymu stolica włoskiej mody nie boi się iść z duchem czasu, a jej popularność wśród turystów jest większa niż ta, jaką cieszy się Turyn. Nowy obiekt z pewnością pomógłby w rewitalizacji okolic San Siro i dodał nowej energii obu futbolowym gigantom z Mediolanu.

Co daje własny stadion?

Opublikowane w tym roku studium „Wpływ nowego stadionu” pokazuje, iż taka inwestycja nie tylko przynosi klubom 119 procentowy wzrost dochodów z dnia meczowego, ale gwarantuje także 60 procentowy wzrost zysków o innym charakterze. Przyczyna tego rachunku jest prosta. Własny obiekt sprawia, że do klubowej kasy płynie więcej pieniędzy, a te można zainwestować w budowę mocniejszej drużyny, zdolnej do zaistnienia w Europie. Dobre wyniki w rozgrywkach kontynentalnych zwiększają zaś liczbę dni meczowych i generują kolejne zyski, przyciągając przy tym gwiazdy i związanych z ich obecnością sponsorów. Gazidis wyraził nadzieję, że to zwycięskie koło stanie się: „wzorcowym modelem dla całej Italii, a napędzający je nowy stadion będzie światłem dla włoskiego futbolu”.  

Stanowisko to podziela też legendarny kapitan Milanu Franco Baresi, który powiedział: „Sekretem prezydentów naszego klubu była historia Mediolanu. Miasto to zawsze było otwarte na innowację i antycypowało to, co przyniesie przyszłość. Podejście tego rodzaju jest widoczne nie tylko w pracy trenerów i wyborach taktycznych, ale też w postępowaniu właścicieli dążących do posiadania prywatnego stadionu. Ten krok to kolejny przykład patrzenia naprzód. Wierzę, że dzięki niemu nasza piłka, która zachowała swój powab, znów będzie bardziej konkurencyjna w Europie.  Juventus, Inter i Milan to największe włoskie marki piłkarskie i muszą dawać przykład reszcie stawki. Stadion może być bodźcem, który zmotywuje innych do dalszego rozwoju”.  

Fot. MilanoPE / Shutterstock.com

Gadzis dodaje: „Jestem pewien, że dzięki nam inne projekty, które wcześniej spotykały się ze sceptycyzmem lokalnych rynków, dostaną pozytywny zastrzyk. Italia słynie wszak z rywalizacji regionalnej (wł. campanilismo). Nasz Stadio di Milano wygra ten wyścig i będzie najlepszy w kraju. Znam włoskie calcio i wiem, że tu wszystko wymaga czasu, ale jeśli nie zabraknie nam cierpliwości możemy dostać ożywioną ligę, w której zespoły grają na nowych lub wyremontowanych stadionach, a fani czują się naprawdę doceniani. To wszystko przyniosłoby wspaniały produkt telewizyjny i poprawiło komercyjny potencjał rozgrywek. Kluby miałyby środki, które można by zainwestować w rozwój infrastruktury okołostadionowej, a perspektywa przyszłych zysków dodawałaby odwagi ich posunięciom. Uważam, że moja wizja ma szansę się zmaterializować już za 10-15 lat, ale musimy zacząć o nią walczyć już dziś. Pierwszym krokiem ku tej nowej przyszłości będzie właśnie nowy obiekt w Mediolanie”.

Autor: James Horncastle

Subskrybuj
Powiadom o
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Informacja zwrotna
Zobacz wszystkie komentarze
izaak897
8 miesięcy temu

Ładnie opisany problem, który nas też niestety dotyczy. Pośrednio bo mało atrakcyjna liga również wpływa na atrakcyjność Juventusu dla postronnego kibica. Jednak odbiór PL czy nawet Bundenskopanki dla postronnego widza jest znacznie lepszy niż Calcio.

miro4444
8 miesięcy temu

Juve zainwestowało w najlepszym dla siebie momencie. Cieszy, że jesteśmy pionierami w budowaniu swojego stadionu i przemyślanych rzeczy typu np. ilości miejsc. Dopóki wszyscy nie będą chcieli się “zjednoczyć” żeby odbudować włoską piłkę to będziemy mieli średniawkę a nie ligę.