Przypadek numer 12
Should I stay or should I go? If I go there will be trouble, and if I stay it will be double. So come on and let me know, should I stay or should I go?
Tak śpiewali londyńczycy z The Clash jeszcze zanim na świat przyszedł Sebastian Giovinco. Piłkarz, który budzi wiele emocji wśród kibiców. Niestety, rzadko czyni to za pomocą bramek czy świetnych rajdów, a po prostu swoją osobą. Klubowi działacze też mają z nim mały ból głowy, bo za chwilę trzeba podpisać nowy kontrakt, który zagwarantuje Atomowej Mrówce hojną pensję i zwiąże go ze Starą Damą na kolejne trzy lub cztery lata. Albo i nie zaoferować zawodnikowi nowej umowy, podziękować za współpracę i życzyć wszystkiego dobrego w innym zespole. Możliwe, że sam napastnik wciąż zastanawia się nad tym, czy Juventus to najlepsze miejsce na spędzenie ostatniego etapu swojej kariery. Przecież, w dużym skrócie, jakby to nie brzmiało, ani za bardzo nie pogra, ani nawet nie jest zbyt lubiany, ani klub za dobrze na tym nie wyjdzie finansowo.
Czy tego chcemy, czy nie, Giovinco daje wiele powodów, żeby za nim nie przepadać. Jest filigranowy, ale nie ma aż takiej dynamiki, na jaką wskazuje jego postura. Wiązano z nim bardzo duże nadzieje, a nie odgrywa większej roli w obecnej drużynie. Na łamach gazet żalił się, że nie dano mu szansy, zaś kiedy ją dostał, nie podołał. W koszulce Parmy bezlitośnie strzelał kolejne gole Juventusowi, ale teraz zapewne miałby spory problem z rozmontowaniem defensywy Gialloblu. Jego styl gry może się podobać, jest efektowny, ale mniej więcej po piątym meczu zaczyna irytować niewielkie znaczenie tych wszystkich akcji Seby dla końcowego rezultatu. Prędzej czy później prawie każdy kibic pomyślał, powiedział na głos, albo i nawet krzyknął “on się nie nadaje!“. I miał rację, bo wychowanek nie osiągnął pułapu Juventusu rozjeżdżającego ligowych rywali niczym walec przez trzy kolejne sezony. Może być najwyżej rezerwowym, ale ta rola niezbyt mu odpowiada. Prócz niezadowolenia charakternego Włocha, wypada on zwyczajnie blado wychodząc na boisko po paru tygodniach spędzonych na ławce. W przeciwieństwie do Marco Storariego czy Simone Padoina, którzy w każdym momencie wybiegają na murawę i świetnie odnajdują się w sytuacji, zupełnie jakby to nie był ich trzeci, a trzydziesty trzeci mecz w sezonie, Seba nie jest typem rutyniarza. Potrzebuje dłuższej chwili, żeby poczuć grę, dostosować do kolegów, zacząć podejmować trafne decyzje boiskowe, zamiast chaotycznie biegać we wszystkich kierunkach i strzelać z każdej pozycji, byle tylko piłka pofrunęła w stronę bramki rywala.
Wraz z odejściem Conte, Giovinco stracił swojego największego orędownika, piłkarskiego ojca, który ciągle przekonywał opinię publiczną, że napastnik nieco wyższy od wyprowadzanych na murawę dzieciaków potrafi dokonywać rzeczy wielkich i już zaraz, dosłownie za chwilę, jego talent eksploduje. Były kapitan i trener Juve wykorzystał swoją pozycję, by przygarnąć ramieniem wygwizdywanego napastnika i wymusić na trybunach obfitą porcję oklasków. Conte już jednak nie ma, Allegri niczego takiego nigdy nie zrobi. Nawet gdyby idąc za poprzednikiem, również zobaczył w Sebie swojego ulubieńca, nie zasłoniłby go własną piersią. Czasy się zmieniły i Giovinco wydaje się to coraz lepiej dostrzegać. Jeśli Seba faktycznie opuści Juve, będzie mi go brakowało najmniej z naszych muszkieterów. Wydaje mi się, że po prostu najmniej wniósł z tego grona napastników często wyręczanych przez pomocników. Vucinić był wariatem, który rzadko bo rzadko ale posyłał świetne piłki do wychodzących pomocników i ogólnie bardzo dobrze sobie radził z grą na małej przestrzeni. Quagliarella miał te swoje niewiarygodne bramki, choć brakowało mu regularności i chyba też pokory. Matri przez kilka okresów nie miał problemów z wpakowaniem piłki do siatki, futbolówka szukała go w polu karnym. Nawet gdybym miał zatęsknić za Giovinco, pojawiłby się problem: za czym dokładnie? Jakaś pamiętna bramka? Fenomenalne zagranie? Wielkie zwycięstwo, w którym miał swój udział? 3:0 z Chelsea, ostatnia bramka dziełem Seby. Na siłę można znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ale marny to dorobek jak na ponad 2 lata w drużynie wygrywającej mecz za meczem.
Na koniec pozostaje wcale nie najmniej ważny aspekt finansowy. Puszczenie za darmo piłkarza, którego połowa kosztowała 11 milionów euro brzmi po prostu źle. Zwłaszcza w klubie, który, powiedzmy sobie szczerze, na pieniądzach nie siedzi. I paradoksalnie, być może właśnie z tego powodu powinien pożegnać Sebę. Tuttosport pisze o wysokich żądaniach płacowych Atomowej Mrówki. Trzyletni kontrakt i 3 miliony na sezon ma chcieć jego agent. To znaczące pieniądze, nawet dla Juventusu. Marek Hamsik zarabia tyle w Napoli, w Interze takie pensje przysługują najlepszym zawodnikom, w Milanie sprowadzeni za darmo Honda i Diego Lopez mają niższe zarobki, w Rzymie Strootman i Gervinho zarabiają około 3 mln. Turyński dziennik łatwo wylicza, że umowa spełniająca wymagania filigranowego napastnika kosztowałaby klub łącznie 18 milionów (pensja + podatek to 6 milionów rocznie). Za podobną kwotę Juventus może wykupić Domenico Berardiego i pokryć jego trzyletnie zarobki. 20-latkowi na początek wystarczy nieco ponad milion za sezon gry (taką pensję gwarantuje mu kontrakt obowiązujący do 2019 roku, niezależnie od tego, jak rozstrzygnie się współwłasność). I nagle oddanie za darmo kończącego w styczniu 28 lat Seby zaczyna brzmieć coraz rozsądniej, prawda? Zwłaszcza, że jeśli Giovinco dostanie swoje 3 miliony, to Lichtsteiner też powinien, a zaraz rozpoczną się rozmowy o nowych kontraktach Chielliniego, Marchisio, Caceresa, Asamoaha… ani się obejrzymy, a nasze wydatki na płace podskoczą o połowę i znów będziemy się dziwić, dlaczego Marotta kolejny raz sięga po zdolniachę z Udinese, kiedy na rynku są nazwiska dobrze znane z Premier League. “Nie ma sianka, nie ma granka” – zwykł mawiać Janusz Wójcik, a powtarza teraz Seba Giovinco. Kto? No taki… rezerwowy Juventusu, możesz nie kojarzyć.
Autor: Ouh_yeah