Finał: Ideał!
To był wspaniały finał Ligi Mistrzów, choć pewnie tych najbardziej legendarnych ze Stambułu czy Barcelony nie przebije. Aż chciało się krzyczeć do tureckiego arbitra Cuneyta Cakira: “Panie Turek, nie kończ pan tego meczu. Daj nam jeszcze z 45 minutek!” gdyby nie to, że ostatnie dotknięcie piłki w spotkaniu okazało się golem. “Ideał” – słusznie zauważył na Twitterze Rafał Stec z Gazety Wyborczej.
Finał był wspaniały, bo choć wygrał faworyt, to po wielkiej bitwie, bynajmniej nie jednostronnej ale po nerwach, zwrotach akcji. Szybko padł pierwszy gol po cudownej wymianie podań w stylu Barcy Pepa Guardioli, przy czym kluczowe podania podali w niej najpierw Leo Messi, a potem Andres Iniesta, ale do siatki trafił jeden z tych piłkarzy, którzy obecnej Barcy nadali charakter Luisa Enrique. Juventus postawił się Barcelonie o wiele bardziej, niż się spodziewałem, ale też w drugiej połowie zapłacił za to utratą sił. Powstrzymywanie tercetu MSN i wyprowadzanie ataków to karkołomna sprawa.
Do 30 minuty wyglądało jednak, że mecz może się skończyć jak finał Euro 2012 z udziałem Hiszpanów i Włochów. Że tak się nie stało wielka zasługa Gianluigiego Buffona, który pokazał, że mimo upływu lat (37 na karku) nadal jest w trójce najlepszych golkiperów świata. Zdeterminowany, by wielką karierę ukoronować jedynym triumfem, jakiego mu jeszcze brakuje – poprzedni finał Ligi Mistrzów przegrał po pamiętnej serii karnych z Milanem, wykazywał się cudownym refleksem, ale w końcu i jego złamał tercet Messi, Neymar, Suarez, nie do zatrzymania w tym sezonie.
Tercet MSN zdobył 121 i 122 gola we wszystkich rozgrywkach. A choć Leo Messi nie trafił do siatki na Stadionie Olimpijskim, nie wyglądał na sfrustrowanego, potwierdzając że między nim i kolegami panuje wielka chemia. Bzdurą byłoby stwierdzenie, że przeszedł obok meczu, miał przecież udział przy dwóch golach, rozrywał i zamęczał defensywę Juventusu, sprawiając, że w końcu opadła z sił. Ale nie da się powiedzieć, ze był to jego wieczór – przynajmniej jeśli popatrzeć na Messiego jak na pewniaka, który za chwile zgarnie piątą Złotą Piłkę…
Nie dziwiłem się emocjonalnej reakcji Luisa Suareza po arcyważnym golu na 2:1, który pozwolił Barcy odzyskać kontrolę nad finałem. Pamiętajmy, że zaczynał ten sezon jako banita, wyrzucony przez piłkarską rodzinę na margines jak parias, jakby ustawił mecz na mistrzostwach świata, a nie tylko ugryzł rywala z głupoty i zacietrzewienia. Kara zawieszenia to pół biedy, ale uczynienie go persona non grata w świecie futbolu, bez prawa wejścia na wszystkie stadiony globu i nałożonym zakazem treningu?
Wielu krytykowało Barcelonę, że “więcej niż klub” tak dbający o wizerunek i szacunek dla rywala sprowadza boiskowego gangsterka, ulicznego rozrabiakę, a może nawet rasistę (z tymi kłamliwymi zarzutami, ciągnącymi się za nim po oskarżeniach Patrice’a Evry po meczu Manchester United – Liverpool, Suarez nie może poradzić sobie do dziś, o czym przeczytacie w jego autobiografii Na Krawędzi, która ukaże się w Polsce jesienią). Media opowiadały bzdury o klauzuli “anty-ugryzieniowej” jaka miała się znaleźć w kontrakcie z Barcą, która zabezpieczyła się na wypadek kolejnego szaleństwa Urugwajczyka. Tymczasem idealnie odnalazł się u boku Messiego i Neymara, stając się dopełnieniem nowej Barcelony Enrique, niepokornej, wyrachowanej i bezwzględnej dla rywali. Urugwajczyk zakończył swój pierwszy sezon w katalońskim klubie w najlepszy sposób z możliwych. Akurat on miał co do udowodnienia całemu światu i zrobił to znakomicie.
Potrójna korona Barcelony, wywalczona w pierwszym sezonie pracy Enrique na Camp Nou, podobnie jak w przypadku pierwszego sezonu Pepa Guardioli zmusza nas do porównań i spekulacji, czy skoro tamtą Barcę Xaviego, Iniesty, Puyola i Messiego okrzyknęliśmy najlepszą drużyną w historii futbolu, to czy ta Barca tercetu MSN, Rakitica, Mascherano i Enrique – choć nie tak wierna tiki-tace – jest jeszcze lepsza? Na pewno ma lepsze statystyki: pod wodzą Guardioli wygrała mistrzostwo Hiszpanii z 87 punktami, dziś z 94. Wtedy strzeliła w lidze 105 goli, teraz zgromadziła ich 110. A we wszystkich rozgrywkach 18 goli mniej niż dziś i straciła 17 bramek więcej. Barca AD ‘2009 miała 68 procent zwycięskich spotkań, Barca AD ‘2015 ma aż 83 procent. No i Leo Messi zdobył wówczas w sezonie 38 goli, w 2015 o 20 więcej – aż 58.
Na koniec jeszcze raz brawa dla Juventusu za świetne emocje w finale. Oprócz cudownych parad Buffona zapamiętamy gola Alvaro Moraty, bo to kolejna świetna historia chłopaka, który nie został doceniony w klubie, gdzie się wychował i który kochał, znakomicie odnajdując się “na wygnaniu”. I łzy Andrei Pirlo, żegnającego się z wielkim futbolem, bo doskonale wie, że w MLS będzie Guliwerem wśród Liliputów, ale emocji takich jak w sobotni wieczór już nie przeżyje. I wie to samo Xavi udający się do Kataru, ale dla niego ostatni sezon w Barcelonie okazał się jednym z najlepszych, kończy go po raz drugi w karierze z potrójną koroną i z czwartą wygraną Ligą Mistrzów. Jego łzy radości także zapamiętamy na długo.
Autor: Michał Pol
Źródło: http://michalpol.blog.pl