Vucinić. Historia (nie)wielkiej miłości

Sezon 2013/2014 nieuchronnie zbliża się ku końcowi. W chwili, gdy zaczynam ten felieton Juventus ma do rozegrania cztery spotkania w Serie A i góra dwa w Lidze Europy. Gdyby z całej kadry zespołu wybrać jednego gracza, który ten sezon może totalnie spisać na straty, będzie to z pewnością Mirko Vucinić.

Czarnogórzec zaczynał rozgrywki, jako gracz pierwszego składu, kończy (bo trudno się spodziewać, że zagra dłużej w którymś z pozostałych spotkań) jako jeden z antybohaterów półfinału z Benficą. Najpewniej kończy nie tylko sezon, ale także swoją przygodę w Juventusie, która była relacją bez głębszych uczuć.

Mirko do Turynu przychodził, jako ten, kto miał nadać atakowi Starej Damy nową jakość. Jego transfer wśród kibiców od początku budził dużo emocji i nie brakowało jego zdecydowanych przeciwników, którzy wytrwali w swojej niechęci do tego piłkarza przez trzy lata. Czy popularny Zorro (albo Szwagier), jak zwykli go nazywać kibice, sprostał oczekiwaniom? Trzeba powiedzieć sobie szczerze – nie. Czy okazał się więc niewypałem? Też nie. Z pewnością nie był i nie jest to “top player”, który miał strzelać po 20 goli w sezonie, tak jak robi to obecnie Tevez. Z drugiej strony, nie sposób pominąć roli Czarnogórca w sukcesach odradzającego się Juventusu przez jego dwa pierwsze sezony w Turynie. Jak podaje Transfermarkt, w sezonie 2011/2012 piłkarz ten zaliczył łącznie 10 trafień do siatki rywali (9 w lidze, jedno w pucharze kraju) i aż 12 asyst, będąc najskuteczniejszym, ex aequo z Matrim, graczem Juve. Pod względem liczby asyst uplasował się za plecami Pirlo (14 asyst), wyprzedzając kolegów z pomocy i skrzydłowych. Został też najlepszym piłkarzem w klasyfikacji kanadyjskiej z wynikiem 22 punktów. Rok później poprawił jeszcze swoje statystyki, z 14 golami i 9 asystami* (w obu kategoriach drugie miejsce w drużynie, za Vidalem oraz za Pirlo) znów był najlepiej punktującym graczem Juventusu, na równi z Arturo Vidalem (obaj w klasyfikacji kanadyjskiej zgromadzili po 23 punkty).

Do widocznych w statystyce bramek i asyst dodać trzeba, nieujmowane w takich zestawieniach, otwierające podania i spory udział w kreowaniu gry zespołu. To jedna strona medalu – ta, której krytycy Vucinicia dostrzegać nie chcą. Ta zaś, którą widzą, to częste truchtanie po boisku, duża nonszalancja w grze, często przybierająca denerwujące postacie. Sam piłkarz nie pomagał sobie udzielaniem wywiadów, jak ten sławetny, w którym przyznał się, że nie grał na 100%. Tego w klubie, którego filozofia zawarta jest w słowach: “Alla Juventus vincere non è importante, è l’unica cosa che conta” nie wybacza się. Tak więc przez dwa sezony jednych Mirko denerwował, bo nie biegał tyle ile inni, bo szukając finezyjnych strzałów podawał piłkę do bramkarza, bo nie wpasowywał się w obraz drużyny Conte – gladiatorów, którzy zamęczają swoich ligowych rywali intensywnością gry; innych zaś zachwycał, bo, szczególnie w obliczu najpierw nikłej obecności a potem odejścia Del Piero, jako jeden z niewielu robił coś pięknego, technicznego, był kreatywny, strzelał ładne bramki. W wielu meczach przed wybuchem talentu Pogby właściwie tylko Vucinić i Pirlo pokazywali na boisku coś więcej niż technikę użytkową (świetnie wyszkolony technicznie Marchisio, korzystał ze swojej techniki tylko, gdy było to konieczne). W tym sezonie wszystko się zmieniło.

Do Turynu zawitał Tevez i było jasne, że to Apacz będzie gwiazdą w ataku. Drugą gwiazdą miał być Llorente, który jednak po długim “zmrożeniu” w poprzednim klubie musiał trochę potrenować i stopniowo wchodzić do składu. Vucinić więc zaczynał sezon w podstawowej jedenastce. Skutki tego były całkiem niezłe. Asysta w superpucharze, gol w meczu z Lazio, niezła współpraca z Carlitosem. Potem jednak były mecze reprezentacyjne. Oj, źle będzie wspominał Mirko Stadion Narodowy w Warszawie. Tam odniósł kontuzje, która okazała się być pierwszą z licznych. Szwagier większość meczów oglądał z trybun, gdy pojawiał się na boisku aż raziło po oczach jego nieogranie. Właściwie mianem łabędziego śpiewu określić można te parę udanych zagrań, które zaliczył m.in. wchodząc z ławki w meczu z Lyonem, choć i je popsuł fatalnym pudłem. Gdy miał grać od 1. minuty – zawodził. Zamiast nonszalanckiego operowania piłką była ciągła walka z oporem materii. Czasem, trzeba przyznać, żałosna.

Tak jak wspomniałem na wstępie, Juventus rozegra jeszcze parę spotkań w tym sezonie. Nawet, jeśli parę minut jeszcze po boisku nam Zorro pobiega (potruchta?), będą to typowe ogony. To chyba najwyższy czas kończyć tę przygodę. Owszem pewnie kolejny sezon nie będzie obfitował tak w kontuzje, Mirko wróci do formy. Jednak ani to piłkarz młody, ani drużynie niezbędny. Ja zaś mam nieodparte wrażenie, że coś w tej historii “Vucinić w Juventusie” nie zagrało. Czarnogórzec ewidentnie nie pasował do roli wysuniętego napastnika, to nie typ snajpera, a taką rolę miał pełnić. Przez dwa sezony, gdy zdrowie i forma były, nie było partnera w ataku. Matri i Quagliarella, z całym szacunkiem dla ich dokonań w Juve, to gracze raczej prymitywni, z Del Piero Mirko właściwie zagrał, jak dobrze pamiętam, tylko w meczach przedsezonowych, Giovinco zaś, gdy mu partnerował, prezentował się zazwyczaj nad wyraz niemrawo. Inna sprawa, że w Juventusie Vucinić praktycznie nigdy nie grał z taką pasją, z jaką gra w reprezentacji Czarnogóry, której jest niekwestionowanym liderem (sytuacja zupełnie odwrotna, jak z naszym Robertem Lewandowskim). Myślę więc, że rozwód Szwagra z Turynem odbędzie się bez łez i bólu. Była to symbioza, ale czas na zmianę. Dla dobra klubu, samego piłkarza i… żebym już nie musiał czytać tych wszystkich komentarzy na jego temat.

*Dane z JuvePoland, za rok 2011/2012 brak ich na stronie, stąd inne źródło

Autor: Makiavel

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę JuvePoland!

Subskrybuj
Powiadom o
17 komentarzy
oceniany
najnowszy najstarszy
Informacja zwrotna
Zobacz wszystkie komentarze
17
0
Jesteśmy ciekawi Twojej opinii, zostaw proszę komentarz!x

Lub zaloguj się za pomocą: