Yildiz zniknął, Vlahović się zagotował, Juventus się rozsypał
Juventus przegrał z Fiorentiną w sposób, który trudno sprowadzić do jednego słabego meczu. Włoska prasa pisze o drużynie bez reakcji, bez liderów i bez pomysłu, a szczególnie mocno uderza w Kenana Yildiza oraz Dusana Vlahovicia, którzy w kluczowym momencie sezonu mieli nie udźwignąć ciężaru koszulki.
fot. @ juventus.com
Poniższy tekst jest tłumaczeniem i omówieniem komentarza Fabio Licariego z La Gazzetta dello Sport. Autor nie opisuje wyłącznie przebiegu meczu z Fiorentiną, ale próbuje wskazać przyczyny szerszego kryzysu Juventusu: od problemów w ofensywie, przez brak jakości i osobowości w kadrze, po błędy popełnione przy budowie zespołu. Zdaniem Licariego Juventus znalazł się teraz w poważnych tarapatach. I to naprawdę poważnych, ponieważ upokarzająca porażka z Fiorentiną praktycznie przekreśla szanse na Ligę Mistrzów. Jeszcze nie matematycznie, ale Como, Roma i Milan musiałyby potknąć się w ostatniej kolejce, podczas gdy Bianconeri potrzebowaliby zwycięstwa w derbach z Torino, a potem jeszcze korzystnych wyników na innych boiskach.
Według dziennikarza Juve zaczęło tracić rytm już miesiąc temu, choć początkowo maskował to wcześniejszy dorobek punktowy oraz gol Vlahovicia po dwunastu sekundach meczu z Lecce, który dał złudzenie odrodzenia. Brak awansu do pierwszej czwórki oznaczałby poważne ograniczenie możliwości, bo klub straciłby około pięćdziesięciu milionów euro, które normalnie trafiłyby do niego dzięki grze w Lidze Mistrzów. W tle ponownie pojawia się Fiorentina. Rok temu klęska na Franchi, gdzie Juventus przegrał 0:3, okazała się paradoksalnie zbawienna, bo po zwolnieniu Thiago Motty drużyna z Tudorem zdołała jeszcze wywalczyć awans do Champions League. To, co Viola dała Bianconerim w poprzednim sezonie, teraz im odebrała. Licari zaznacza jednak, że Fiorentina niczego nie ukradła. Po prostu wykorzystała słabości Juventusu, nawet jeśli jej gra na czas była czymś oczywistym i zrozumiałym.
Problem Juve polega na tym, że drużyna nie potrafi już znaleźć odpowiedzi na rywali, którzy potrafią ją zablokować i zmusić do bezproduktywnego krążenia wokół pola karnego.
Atak: mało rozwiązań, Yildiz zniknął
Licari pisze wprost, że kiedy Juventus dociera pod pole karne rywala, nie wie, co ma zrobić. Francisco Conceicao jest jego zdaniem najmniej winny. Wytrzymuje około godziny, potem wyczerpuje baterie, ale męczy się także dlatego, że dużo pracuje w odbiorze. Problem w tym, że pod bramką jest praktycznie nieobecny, a do tego ma trochę pecha, bo często trafia w słupki. Dziennikarz dodaje jednak, że Portugalczyk nie ma pojęcia, czym jest czyste ostatnie podanie.
Jeśli Chico można zarzucić stosunkowo niewiele, to zupełnie inaczej wygląda sytuacja Kenana Yildiza, który zniknął dokładnie w kluczowym momencie sezonu. Od ponad miesiąca na boisku pojawia się raczej cień tureckiego talentu niż ten Yildiz, który wcześniej potrafił brać grę na siebie. Ustawia się przy linii, dotyka piłki, poprawia koszulkę, ale nie ma już realnego wpływu na grę. Nie podejmuje dryblingu, nie oddaje strzału, nie zagrywa decydującej piłki. Być może błędem było ciągłe stawianie na niego i niedanie mu odpoczynku w nadziei, że w końcu przyjdzie jedna akcja, która coś zmieni. Problemy z rzepką na pewno mu przeszkadzają, ale końcówka sezonu, zdaniem autora, rodzi pewne wątpliwości co do jego realnej wartości. Jeszcze bardziej niepokojący ma być opór Yildiza przed wejściem do środka gry. W drugiej połowie, ustawiony jako dziesiątka, i tak spędzał czas, schodząc do lewej strony, gdzie bez świeżości w nogach łatwo było go neutralizować.
Na końcu tej listy, choć nie mniej ważny, znajduje się Dusan Vlahović. Licari uważa, że Serb wrócił dziś do wersji chaotycznej, nerwowej i niedokładnej, którą Spalletti wydawał się już wcześniej poprawić. Trzy gole anulowane z powodu spalonych w ostatnich dwóch meczach mają być odbiciem złego nastawienia. Dziennikarz stawia więc pytanie, czy naprawdę warto dalej opierać się na napastniku, który w najdelikatniejszych momentach czuje ciężar koszulki?
Jakość: brak top playerów i zero osobowości
Według Licariego atak to tylko jeden element znacznie bardziej złożonego problemu. Juventusowi dramatycznie brakuje indywidualnej jakości oraz osobowości. W drużynie nie ma top playerów, są jedynie projekty na takich piłkarzy – jak Yildiz. Tyle że dwudziestolatek powinien prowadzić grę z graczami na podobnym poziomie, a nie nosić na barkach ciężar koszulki, która i tak nie jest łatwa do udźwignięcia.
Dziennikarz wymienia kolejne problemy. Michele Di Gregorio znów okazał się przeciętny w sytuacjach, które powinny być proste. Cambiaso obniżył poziom, a Bremer popełnił kluczowy błąd z Veroną. Koopmeiners został definitywnie znormalizowany i gra na równym, ale kiepskim poziomie. Thuram przygasł. Locatelli jest zostawia dużo zdrowia na boisku, ale nigdy nie daje czegoś ekstra i po prostu wywiązuje się z podstawowych zadań. Kalulu nie opuszcza żadnego meczu i wyciska z siebie wszystko w trzech różnych rolach – dziś w praktyce jako dodatkowy pomocnik – ale nie ma już energii. Kelly zrobił postęp, ale w jego grze wciąż zdarzają się momenty dekoncentracji, podobne do tych z meczu z Galatasaray.
Wniosek Licariego jest brutalny: Spalletti może dawać tej drużynie tyle ofensywnej mentalności, ile chce, ale jeśli odpowiedź piłkarzy jest przeciętna, nie ma przed Juventusem żadnej nadziei na lepsze jutro.
Upadek: niszczący miesiąc i poczucie bezradności
W ostatnich czterech meczach nastąpiło załamanie. Dwa remisy z Milanem i Veroną, porażka z Fiorentiną oraz tylko jedno zwycięstwo z Lecce. W ciągu miesiąca Juventus roztrwonił udany pościg czołówki, który wcześniej przywrócił go do strefy Ligi Mistrzów. Dlaczego? Zdaniem Licariego dlatego, że Juve traci bramkę przy pierwszej okazji rywala, jak z Veroną i Fiorentiną, a potem nie potrafi zareagować. Najpierw gra tak, jakby miało mnóstwo czasu na wyrównanie, bez furii i bez jakości. Później orientuje się, że zegar ucieka, więc rusza przed siebie na oślep, ale bez prawdziwego pomysłu i bez reżysera gry, który potrafiłby dyktować tempo – także wtedy, gdy trzeba je spowolnić. Zamiast tego wszystko odbywa się w pośpiechu, jakby drużyna chciała stworzyć sobie alibi w postaci zaangażowania. Wystarczy jednak jeden błąd, by zostać skontrowanym.
Z Milanem sytuacja była odwrotna. Wtedy, gdy należało przyspieszyć i dobić rywala, Juventus wrócił do starej włoskiej wady: zadowolenia się tym, co ma. Bronienie przeciwko Bianconerim stało się łatwe. Rywale nauczyli się ustawiać jedną linię w polu karnym, a drugą na jego granicy, bo odsetek zablokowanych strzałów Juventusu jest bardzo wysoki. Nie ma w drużynie zawodnika, który uderzyłby z pierwszej piłki. Przy trzecim kontakcie obrońcy zdążą już ustawić zasłonę. Dotyczy to także strzałów z dystansu. Samo przesuwanie piłki wszerz boiska jest, zdaniem Licariego, irytujące. “Patrzeć na Mandragorę i się uczyć” – taki jest ton jego diagnozy. Lepiej wygląda gra w kontrataku, ale przeciwnicy nauczyli się już go Juventusowi nie dawać.
Ławka: Spalletti atakuje, ale drużyna nie do końca za nim idzie
Licari uważa, że obwinianie Spallettiego nie miałoby większego sensu. W najlepszych momentach były selekcjoner reprezentacji Włoch dał Juventusowi sposób gry, szybkość i ofensywnego ducha, których nie było widać od czasów pierwszego Allegriego. Co więcej, zrobił to bez wejść pomocników w pole karne i bez ofensywnych ataków bocznych zawodników, czyli elementów charakterystycznych dla jego najlepszych drużyn. Dziennikarz ostrzega, że uleganie emocjom i burzenie tego niewielkiego fragmentu, który udało się zbudować, byłoby błędem. Spalletti jest trenerem, który daje tożsamość i grę, więc to jemu należałoby powierzyć przebudowę.
Potrzebuje jednak co najmniej pięciu wzmocnień na wysokim poziomie. Trzech zawodników, o których się mówi, nie wystarczy. A takich graczy trudno będzie przyciągnąć bez Ligi Mistrzów. Z drugiej strony spadek do Ligi Europy drastycznie ograniczy budżet i może zmusić Juventus do kolejnego mercato prowadzonego na niższym poziomie. Winne są także nierozsądne wydatki z ostatniego okresu, jak ponad czterdzieści milionów euro za Opendę, który – jak ironicznie zauważa Licari – siedzi na ławce, nie na trybunach, choć od dawna nie pojawia się na boisku.
Bez prostych haseł o algorytmach i innych strategiach transferowych Juventus powinien, według autora, zwołać nadzwyczajne spotkanie, zebrać resztki tego, co zostało, przeprowadzić sensowną autokrytykę i potraktować derby Torino – Juventus jako pierwszy mecz nowego cyklu, a nie ostatni akt tego, który smutno dobiega końca. To niemal ostatnie wezwanie dla wszystkich, którzy chcą być uznawani za ludzi Juventusu. Dla wszystkich: od pierwszego dyrektora po ostatniego rezerwowego.